Wzięłam się w garść po tym jak zobaczyłam datę mojego ostatniego postu(posta?)....
Nie mogę tak żyć, kiszę tyle zdjęć na aparacie, a wszystko przez szalik....
Tak. Szalik. Nie miałam mu czasu zrobić zdjęcia, więc pewnego mroźnego poranka przed wyjściem do pracy wzięłam komórkę w garść i wymęczyłam nią kilka zawiniętych zdjęć.
I tak od tych wielkich mrozów nosze te zdjęcia w telefonie, nie pisze nic na blogu, bo mi głupio że nie wrzuciłam zdjęć szalika i takie mi wyszło zakręcone kółko umartwiania....
Niedługo czerwiec, właśnie zabieram się za próbkę na letni sweterek, a szalik nade mną wisi...
Czas odhaczyć ten epizod w moim życiu. Oto i one!!!! zdjęcia komórkowe mojego szalika (oponki? )
Od razu napiszę co z nim i jak :3
Bo już przecież raz go robiłam.
Tym razem okroiłam go o jakieś 50-60 oczek o ile pamiętam i z całej tej operacji wyszedł mi owijacz akurat na dwa zawinięcia i jeszcze kłębuszek wełny gratis ;P
jest to 100% wełenka, więc skubaniec służył mi dzielnie w czasie mrozów i jestem przeszczęśliwa, że go mam. Jedyny mankament. Jak mi zawilgł od oddechu, to przez pierwsze 3 dni niemiłosiernie śmierdział zmokłą barwioną owcą ;D
No, to teraz mi już lepiej, mogę znowu zacząć prowadzić bloga, lalki wydzielę do drugiego bloga, który obecnie też śpi. Ech te plany~~ oby nie wzięły w łeb.
A teraz wracam do pracy i nauki japońskiego, bo w środę mam test końcowy z lektoratu.
Squirk - ta moja maszynka to jakiś niezbyt wyszukany model firmy KingHoff, raczej też nie włoski. Choć tez czytałam, że włoskie są najlepsze.
Powiem tak, ciasto wałkuje super. Robię nim pierogi, gyozy, makaron (nitki, lasagne), faworki.
Makaron tnie tak sobie, choć jak się nieco podsuszy ciasto , to już sobie wtedy radzi.
Minusy: jak ciasto przejedzie po samiutkim brzegu wałków, to zostaje na nim czarny ślad smaru(bo same wałki nie brudzą i niczym nie sypią, jak to demonstruje jeden producent). Jeszcze czasami wypada mi korbka, bo ma za luźne mocowanie.
Nie będę się bardziej rozpisywała, bo trzeba coś zostawić na później ;)
buziaki wszystkim, którzy jeszcze pamiętają o istnieniu tego bloga i go nie pokasowali z RSS'a i Bookmarków ;) :*:*
walka z szydełkiem, drutem i fretką?
poniedziałek, 28 maja 2012
poniedziałek, 27 lutego 2012
A wszystko to wina klusków
Ech, zakochałam się w domowych makaronach (nie tych ciasteczkach, to w swoim czasie).
Wczoraj zrobiliśmy lasagne z domowym makaronem i odpłynęliśmy po niej w objęciach smaku potrawy i chrupkości przypieczonego po brzegach makaronu.
Spodziewałam się różnicy w smaku, ale to czego dostarczają mi domowo uwałkowane kluski nie da się porównać z tymi sklepowymi makaronami "5cio jajecznymi".
Z reszty ciasta zrobiliśmy zwykły makaronik i wysuszyliśmy go tym razem na prosto :3 pamiętając nierozerwalną więź zgniazdowanego makaronu XD
Przy okazji, moja maszynka nie docina co drugiego kluska, ale jak podsuszyliśmy nieco ciasto, to zaczęła je kroić porządnie.
I teraz część w której obwiniam kluski :3
A mianowicie, postanowiliśmy zaszaleć i kupić wyciskarkę do makaronu, co wyeliminowałoby potrzebę kupowania klusków jako takich, a przynajmniej większości.
Wchodzimy na stronę dystrybutora kitchenaida i nam szczęka opadła.
W grudniu, jak tworzyłam listę chcianych prezentów wyciskarka kosztowała ok 620zł, a teraz grubo ponad 800zł....
ja rozumiem podwyżki, ale kurde czemu aż tyle....
ech to życie....
Podłe kluski doprowadzicie mnie do ruiny finansowej, takie jesteście dobre~~
W ogóle to jeszcze chwilę mnie na blogu nie będzie, bo utonęłam w futerkowych perukach i zimowej niechęci do przepracowywania się ;D
Wczoraj zrobiliśmy lasagne z domowym makaronem i odpłynęliśmy po niej w objęciach smaku potrawy i chrupkości przypieczonego po brzegach makaronu.
Spodziewałam się różnicy w smaku, ale to czego dostarczają mi domowo uwałkowane kluski nie da się porównać z tymi sklepowymi makaronami "5cio jajecznymi".
Z reszty ciasta zrobiliśmy zwykły makaronik i wysuszyliśmy go tym razem na prosto :3 pamiętając nierozerwalną więź zgniazdowanego makaronu XD
Przy okazji, moja maszynka nie docina co drugiego kluska, ale jak podsuszyliśmy nieco ciasto, to zaczęła je kroić porządnie.
I teraz część w której obwiniam kluski :3
A mianowicie, postanowiliśmy zaszaleć i kupić wyciskarkę do makaronu, co wyeliminowałoby potrzebę kupowania klusków jako takich, a przynajmniej większości.
Wchodzimy na stronę dystrybutora kitchenaida i nam szczęka opadła.
W grudniu, jak tworzyłam listę chcianych prezentów wyciskarka kosztowała ok 620zł, a teraz grubo ponad 800zł....
ja rozumiem podwyżki, ale kurde czemu aż tyle....
ech to życie....
Podłe kluski doprowadzicie mnie do ruiny finansowej, takie jesteście dobre~~
W ogóle to jeszcze chwilę mnie na blogu nie będzie, bo utonęłam w futerkowych perukach i zimowej niechęci do przepracowywania się ;D
niedziela, 19 lutego 2012
machu machu łapkami
kilka skłonów, przysiadzik, ze 3 pajacyki i...
i czuję się gotowa do podniesienia rękawicy rzuconej mi przez Brahdelt :)
Skuszona pysznie wyglądającym jedzeniem doczytałam posta do końca i dałam się wciągnąć w zabawę :)
Mam wymienić:
- 5 ukochanych seriali
- 5 kosmetyków, bez których nie ruszam się z domu
seriale:
Zasysam je może nie tonami, ale w sporych ilościach, większość niestety prędzej czy później sprawia, że na tą listę nigdy nie wejdzie. Ale na szczęście nie wszystkie poddają się brakom pomysłów scenopismaków i wspomina się je dzięki temu jeszcze długo i z łezką w oku ^_^,
1. Miasteczko Twin Peaks - Serial z mojego dzieciństwa, kojarzy mi się z wideo marki Funai kupionym przez tatę (ale to dłuższa historia i niestety w dużej mierze wymazana przez czas). Może drugi sezon tego serialu trochę zniszczył magię pierwszego sezonu, ale kiedy parę lat temu przysiadłam do tego serialu po raz kolejny, tak bardziej na dorosło, to na prawdę cały czas towarzyszył mi taki podskórny dreszczyk i na prawdę po ostatnim odcinku było mi przykro, że nie ma trzeciego sezonu, mimo że byłby już z założenia beznadziejny :/
Jakby nie było, za każdym razem kiedy słyszę motyw przewodni z tego serialu, to mnie przechodzi dreszczyk wspomnień. Flimu nie zaliczam do tego dreszczyku, bo był paskudnym dziadostwem psującym wszystko już na początku.
2. Life on Mars - Serial produkcji BBC, niby banalne, o policjancie, który miał wypadek i przeniósł się, tak jakby, z 2006 do 1973 roku. Jednak coś w sobie ma, jest zakręcony, dziwny i klimatyczny. Dodatkowo za każdym razem kiedy myślę o tym serialu towarzyszy mi jego tytułowy utwór (był moim budzikiem przez jakiś rok z okłądem i chyba wróci na to miejsce) David Bowie - Life On Mars? polecam :3
3. Azumanga Daioh - anime, a jakże :) sympatyczne o życiu codziennym, czy już mówiłam że sympatyczne? Więc dodam jeszcze że tak, jest sympatyczne.
4. Grzeszni i bogaci - mini serial TVNu, "głupi jak but" powiedzą jedni, a jednak został mi po nim ślad. Był to eksperyment TVNu, wariacja z humorem angielskim. Absurdalny aż do bólu, ale chyba niestety nie przyjął się , bo już więcej stacja nie wróciła do tego typu produkcji. Jak ktoś nie oglądał, a jest ciekawy, to na Youtube jest on łatwy do znalezienia :)
5. Alternatywy 4 - wbrew temu co niektórzy uważają, ten serial porusza wiecznie żywe problemy... Ale cóż taki kraj ;)
A kosmetyki?
Swego czau nie było tego za dużo.
Głównym i nie odstąpionym jest mi balsam do ust Neutrogena, ale praktycznie z domu nie ruszam się bez makeupu, więc moim codziennym towarzyszem jest BB Cream Kanebo i puder mineralny BB (choć firmy jego nie pamiętam), gdyby nie Brahdelt i jej szpiegostwo kosmetyczne dalej bym walczyła z naszymi "polskimi" podkładami, a tak to wróciłam z Japonii opatulona w zapas kosmetyków, które na szczęście cały czas się dzielnie trzymają :D
Jak już nałożyłam podkład, to i trzeba by oczy wykończyć, I jakoś tak wychodzi że choćbym nie wiem jak się starała, to i tak zawsze wracam do tuszu 1000 calorie Max Fector. Choć przy tym który mam obecnie już go tak nie jestem pewna, może zmienili recepturę? Zapomniałabym o kremie do rąk :) A przy obecnej zupełnie niestabilnej pogodzie moja skóra wariuje, obecnie na dłoniach postanowiła robić za tarkę ;_;
Używam więc intensywnie kremów do rąk Issana, zielonego i fioletowego :3
I tak się właśnie zastanawiam, że jak już tak się wspieramy w reaktywacjach bloga, to ja machnę tą żelazną rękawicą w Seremity, niech ma dziewczyna dodatkową motywację :)
Ach, zapomniałabym, mam ostatnio nową obsesję. W sumie to dzięki Brahdelt ;P
A mianowicie zakupiliśmy w końcu wałkowarkę do makaronu i szalejemy z ciastem i makaronem :D
Wywałkowaliśmy sobie sami ciasto na gyozy, faworki, no i oczywiście makaron :D
Już raczej nie wrócę do kupnego płaskiego makaronu, choćby nie wiem ilojajeczny był, nigdy nie będzie to to samo co domowy :D
i czuję się gotowa do podniesienia rękawicy rzuconej mi przez Brahdelt :)
Skuszona pysznie wyglądającym jedzeniem doczytałam posta do końca i dałam się wciągnąć w zabawę :)
Mam wymienić:
- 5 ukochanych seriali
- 5 kosmetyków, bez których nie ruszam się z domu
seriale:
Zasysam je może nie tonami, ale w sporych ilościach, większość niestety prędzej czy później sprawia, że na tą listę nigdy nie wejdzie. Ale na szczęście nie wszystkie poddają się brakom pomysłów scenopismaków i wspomina się je dzięki temu jeszcze długo i z łezką w oku ^_^,
1. Miasteczko Twin Peaks - Serial z mojego dzieciństwa, kojarzy mi się z wideo marki Funai kupionym przez tatę (ale to dłuższa historia i niestety w dużej mierze wymazana przez czas). Może drugi sezon tego serialu trochę zniszczył magię pierwszego sezonu, ale kiedy parę lat temu przysiadłam do tego serialu po raz kolejny, tak bardziej na dorosło, to na prawdę cały czas towarzyszył mi taki podskórny dreszczyk i na prawdę po ostatnim odcinku było mi przykro, że nie ma trzeciego sezonu, mimo że byłby już z założenia beznadziejny :/
Jakby nie było, za każdym razem kiedy słyszę motyw przewodni z tego serialu, to mnie przechodzi dreszczyk wspomnień. Flimu nie zaliczam do tego dreszczyku, bo był paskudnym dziadostwem psującym wszystko już na początku.
2. Life on Mars - Serial produkcji BBC, niby banalne, o policjancie, który miał wypadek i przeniósł się, tak jakby, z 2006 do 1973 roku. Jednak coś w sobie ma, jest zakręcony, dziwny i klimatyczny. Dodatkowo za każdym razem kiedy myślę o tym serialu towarzyszy mi jego tytułowy utwór (był moim budzikiem przez jakiś rok z okłądem i chyba wróci na to miejsce) David Bowie - Life On Mars? polecam :3
3. Azumanga Daioh - anime, a jakże :) sympatyczne o życiu codziennym, czy już mówiłam że sympatyczne? Więc dodam jeszcze że tak, jest sympatyczne.
4. Grzeszni i bogaci - mini serial TVNu, "głupi jak but" powiedzą jedni, a jednak został mi po nim ślad. Był to eksperyment TVNu, wariacja z humorem angielskim. Absurdalny aż do bólu, ale chyba niestety nie przyjął się , bo już więcej stacja nie wróciła do tego typu produkcji. Jak ktoś nie oglądał, a jest ciekawy, to na Youtube jest on łatwy do znalezienia :)
5. Alternatywy 4 - wbrew temu co niektórzy uważają, ten serial porusza wiecznie żywe problemy... Ale cóż taki kraj ;)
A kosmetyki?
Swego czau nie było tego za dużo.
Głównym i nie odstąpionym jest mi balsam do ust Neutrogena, ale praktycznie z domu nie ruszam się bez makeupu, więc moim codziennym towarzyszem jest BB Cream Kanebo i puder mineralny BB (choć firmy jego nie pamiętam), gdyby nie Brahdelt i jej szpiegostwo kosmetyczne dalej bym walczyła z naszymi "polskimi" podkładami, a tak to wróciłam z Japonii opatulona w zapas kosmetyków, które na szczęście cały czas się dzielnie trzymają :D
Jak już nałożyłam podkład, to i trzeba by oczy wykończyć, I jakoś tak wychodzi że choćbym nie wiem jak się starała, to i tak zawsze wracam do tuszu 1000 calorie Max Fector. Choć przy tym który mam obecnie już go tak nie jestem pewna, może zmienili recepturę? Zapomniałabym o kremie do rąk :) A przy obecnej zupełnie niestabilnej pogodzie moja skóra wariuje, obecnie na dłoniach postanowiła robić za tarkę ;_;
Używam więc intensywnie kremów do rąk Issana, zielonego i fioletowego :3
I tak się właśnie zastanawiam, że jak już tak się wspieramy w reaktywacjach bloga, to ja machnę tą żelazną rękawicą w Seremity, niech ma dziewczyna dodatkową motywację :)
Ach, zapomniałabym, mam ostatnio nową obsesję. W sumie to dzięki Brahdelt ;P
A mianowicie zakupiliśmy w końcu wałkowarkę do makaronu i szalejemy z ciastem i makaronem :D
Wywałkowaliśmy sobie sami ciasto na gyozy, faworki, no i oczywiście makaron :D
Już raczej nie wrócę do kupnego płaskiego makaronu, choćby nie wiem ilojajeczny był, nigdy nie będzie to to samo co domowy :D
wtorek, 13 grudnia 2011
Gdyby Gwiazdka miała więcej kasy ;)
Nadszedł w mym życiu taki moment, w którym człowiek ma ochotę sobie tyle rzeczy mieć, że aż gubi się już w tego natłoku ;)
sporządziłam sobie tu małą listkę tego, co fajnie by było dostać na gwiazdkę, ale ostatecznie będę musiała zapewne wysupłać na to pieniądze z życia codziennego :)
Dobrze, że większość tych rzeczy da się nabyć za złotówki, bo kursy walut obcych przerażają mnie ostatnio coraz bardziej, czuję się taka biedna ;_;
Zrobiłam zdjęcie ocieplacza szyjowego, ale czeka jeszcze sobie w kolejce do zgrania z aparatu ;)
sporządziłam sobie tu małą listkę tego, co fajnie by było dostać na gwiazdkę, ale ostatecznie będę musiała zapewne wysupłać na to pieniądze z życia codziennego :)
Dobrze, że większość tych rzeczy da się nabyć za złotówki, bo kursy walut obcych przerażają mnie ostatnio coraz bardziej, czuję się taka biedna ;_;
Zrobiłam zdjęcie ocieplacza szyjowego, ale czeka jeszcze sobie w kolejce do zgrania z aparatu ;)
piątek, 2 grudnia 2011
jedzonkowo
Kolorowa sałatka
proporcje oczywiście są kwestią gustu i potrzeb ;)
moja sałatka mniej więcej została złożona w takich proporcjach :
Sałatka:
- trochę ponad ćwiartka poszatkowanej kapusty pekińskiej
- ponad 1/2 puszki kukurydzy
- 1 pokrojona w kostkę żółta papryka
- 1 pokrojona w kostkę czerwona papryka
- ok 150-200g makaronu (kokardki, gwiazdki itp.) ja miałam makaron w kształcie postaci z kreskówki "Sponge Bob kanciasto porty"
- łyżka posiekanej natki pietruszki
- garść czarnych oliwek
Sos:
(proporcje u mnie to zazwyczaj rzecz przypadku, dla tego podam tylko z czego się składa)
- troszkę majonezu
- znacząco więcej jogurtu naturalnego
- odrobina oliwy z oliwek
- sok z ok 1/2 cytryny
- sól
- pieprz
- odrobina sosu sojowego
Mieszamy wszystkie składniki sałatki, dodajemy wymieszany sosik. Dajemy sałatce ok 15min żeby się "przegryzła". I gotowe :)
Z własnego doświadczenia wiem, że ta sałatka jest jadalna jeszcze przez co najmniej 3dni (bo dalej żyję)
Smacznego!!
Muffinki z fetą i papryką
Przepis pochodzi z mojego ukochanego bloga kulinarnego Moje Wypieki
Tak bardzo go uwielbiam, że aż omijam przez większość roku szerokim łukiem, bo wszystko wygląda tam tak smacznie, ze mogłabym piec i jeść i piec i w końcu bym się w drzwiach nie zmieściła ;)
link do przepisu ->Muffinki z serem fetą i czerwoną papryką
aż chyba sobie je upiekę, tak mi Brahdelt smaka narobiła ;P
Po dwóch sesjach na orbitreku skończyłam wreszcie moją szaliczko-oponkę :3
Właśnie sobie uświadomiłam ile to już czasu minęło odkąd ja w ogóle coś na drutach skończyłam ;_;
W weekend zrobię zdjęcia :) Bo światła dziennego teraz na tygodniu jak na lekarstwo...
buziaki :*
proporcje oczywiście są kwestią gustu i potrzeb ;)
moja sałatka mniej więcej została złożona w takich proporcjach :
Sałatka:
- trochę ponad ćwiartka poszatkowanej kapusty pekińskiej
- ponad 1/2 puszki kukurydzy
- 1 pokrojona w kostkę żółta papryka
- 1 pokrojona w kostkę czerwona papryka
- ok 150-200g makaronu (kokardki, gwiazdki itp.) ja miałam makaron w kształcie postaci z kreskówki "Sponge Bob kanciasto porty"
- łyżka posiekanej natki pietruszki
- garść czarnych oliwek
Sos:
(proporcje u mnie to zazwyczaj rzecz przypadku, dla tego podam tylko z czego się składa)
- troszkę majonezu
- znacząco więcej jogurtu naturalnego
- odrobina oliwy z oliwek
- sok z ok 1/2 cytryny
- sól
- pieprz
- odrobina sosu sojowego
Mieszamy wszystkie składniki sałatki, dodajemy wymieszany sosik. Dajemy sałatce ok 15min żeby się "przegryzła". I gotowe :)
Z własnego doświadczenia wiem, że ta sałatka jest jadalna jeszcze przez co najmniej 3dni (bo dalej żyję)
Smacznego!!
Muffinki z fetą i papryką
Przepis pochodzi z mojego ukochanego bloga kulinarnego Moje Wypieki
Tak bardzo go uwielbiam, że aż omijam przez większość roku szerokim łukiem, bo wszystko wygląda tam tak smacznie, ze mogłabym piec i jeść i piec i w końcu bym się w drzwiach nie zmieściła ;)
link do przepisu ->Muffinki z serem fetą i czerwoną papryką
aż chyba sobie je upiekę, tak mi Brahdelt smaka narobiła ;P
Po dwóch sesjach na orbitreku skończyłam wreszcie moją szaliczko-oponkę :3
Właśnie sobie uświadomiłam ile to już czasu minęło odkąd ja w ogóle coś na drutach skończyłam ;_;
W weekend zrobię zdjęcia :) Bo światła dziennego teraz na tygodniu jak na lekarstwo...
buziaki :*
wtorek, 29 listopada 2011
pluszowy hamburger
Bardzo dziękuję wszystkim za życzenia :*:*
Prezentowy szlafrok wytestowałam i nie zamieniłabym go na żaden cienki poliester z boa, ten jest idealnie puchaty i cieplutki ^^ a że nie sexi? oj tam, zawsze mogę go przecież zdjąc.
Po głębszej analizie pogody jaka towarzyszy nam tej jesieni, stwierdziłam, że na czapkę jest jednak za ciepło, a na gołą głowę za zimno.
Od razu tłumaczę, że okolice 0stopni , to jeszcze dla mnie kontrowersyjna temperatura jak na czapkę.
Zamarzyły mi się więc nauszniki. W dzieciństwie miałam takie czerwone, składane i.... no i właśnie. Poszłam do centrum handlowego, a tam we wszystkich sklepach tylko na sztywnym pałączku, kiepski wybór, drogie jak skurczysyn....
Udałam się więc na mój średnio ukochany portal teoretycznie aukcyjny, zwany potocznie aledrogo.
I ku mojemu (nie)zaskoczeniu takie same nauszniczki jak w CH tu są tak przynajmniej o połowę tańsze i znalazłam też moje wygrzebane z pamięci nauszniki składane :)
Pozostał tylko dylemat. Który z 48kolorów wybrać?
Padło na fiolet (+ dodatkowe beżowe futerka).
Po tygodniu używania jestem z nich w 90% zadowolona, bo czasami mam uczucie jakby miały ochotę się złożyć. Ale przynajmniej są łatwe w transporcie torebkowym i dobrze trzymają się na głowie. No i co najważniejsze, chronią od wiatru moje uszka :3
Miałam to napisać już wczoraj, ale przez tą wichurę(plus gradzio[mały grad] bicie) w nocy z niedzieli na poniedziałek byłam wczoraj tak nie przytomna, że nie mogłam wykrzesać z siebie składnego tekstu, japoński też mi szedł wczoraj opornie... ale dziś, dziś już jestem zwarta i gotowa :)
Zazwyczaj nie prezentuję swoich pracowych bento, bo nie są efektowne ani za kreatywne, ale to postanowiłam uwiecznić.
Poimieninowe bento poniedziałkowym porankiem.
sałatka z makaronem+ sałatka tradycyjna + muffinka+mandarynka.
Jeśli ktoś by reflektował na przepis sałatkowy/ muffinkowy , to mogę sie podzielić w następnym poście ;)
A dziś mam wielkie plany pojeździć z drutami, bo szalik by mi się w końcu przydał hehe... trzymajcie kciuki za moje samozaparcie
buziaki :*
Prezentowy szlafrok wytestowałam i nie zamieniłabym go na żaden cienki poliester z boa, ten jest idealnie puchaty i cieplutki ^^ a że nie sexi? oj tam, zawsze mogę go przecież zdjąc.
Po głębszej analizie pogody jaka towarzyszy nam tej jesieni, stwierdziłam, że na czapkę jest jednak za ciepło, a na gołą głowę za zimno.
Od razu tłumaczę, że okolice 0stopni , to jeszcze dla mnie kontrowersyjna temperatura jak na czapkę.
Zamarzyły mi się więc nauszniki. W dzieciństwie miałam takie czerwone, składane i.... no i właśnie. Poszłam do centrum handlowego, a tam we wszystkich sklepach tylko na sztywnym pałączku, kiepski wybór, drogie jak skurczysyn....
Udałam się więc na mój średnio ukochany portal teoretycznie aukcyjny, zwany potocznie aledrogo.
I ku mojemu (nie)zaskoczeniu takie same nauszniczki jak w CH tu są tak przynajmniej o połowę tańsze i znalazłam też moje wygrzebane z pamięci nauszniki składane :)
Pozostał tylko dylemat. Który z 48kolorów wybrać?
Padło na fiolet (+ dodatkowe beżowe futerka).
Po tygodniu używania jestem z nich w 90% zadowolona, bo czasami mam uczucie jakby miały ochotę się złożyć. Ale przynajmniej są łatwe w transporcie torebkowym i dobrze trzymają się na głowie. No i co najważniejsze, chronią od wiatru moje uszka :3
Miałam to napisać już wczoraj, ale przez tą wichurę(plus gradzio[mały grad] bicie) w nocy z niedzieli na poniedziałek byłam wczoraj tak nie przytomna, że nie mogłam wykrzesać z siebie składnego tekstu, japoński też mi szedł wczoraj opornie... ale dziś, dziś już jestem zwarta i gotowa :)
Zazwyczaj nie prezentuję swoich pracowych bento, bo nie są efektowne ani za kreatywne, ale to postanowiłam uwiecznić.
Poimieninowe bento poniedziałkowym porankiem.
sałatka z makaronem+ sałatka tradycyjna + muffinka+mandarynka.
Jeśli ktoś by reflektował na przepis sałatkowy/ muffinkowy , to mogę sie podzielić w następnym poście ;)
A dziś mam wielkie plany pojeździć z drutami, bo szalik by mi się w końcu przydał hehe... trzymajcie kciuki za moje samozaparcie
buziaki :*
piątek, 25 listopada 2011
mięciutko i imieninkowo :3
Mięciutkie i cieplutkie rzeczy to to, co Fretki lubią najbardziej :)
Dlatego też sprułam mój szalo-obwarzanek i zaczęłam go od nowa.
Przeliczyłam go ponownie, odjęłam kupkę oczek i liczę, że tym razem nie będzie go za dużo :)
Żeby lepiej zaprezentować jego miękkość zaprezentuję obiekt w trakcie do którego przytula się mój nowy nabytek :)
Dollshe Saint. Zamówiłam go w mikołajki....roku zeszłego.... i po ponad 11 miesiącach wpieszczony przez dobre dwa tygodnie przez celników w końcu do mnie dotarł :)
Akurat prawie na moje imieniny ^^
Chłopak miał być na początku w okolicach walentynek, potem dnia kobiet, dziecka? moich urodzin... aż w końcu dotarł ^^ czyli przypadkiem zrobiłam sobie prezent z opóźnionym zapłonem XD
A z szaliczko-oponką musze przyśpieszyć, bo coś się chyba chłodniej zaczęło robić ostatnio ;_;
W sumie to ten post powstaje kupa mięci (tak wiem że to powinno być inaczej podzielone) moich dzisiejszych imieninek. Choć co ten dzień tak na prawdę dla mnie znaczy? Właśnie nie wiem, nie mija mi kolejny rok, więc mi nie nasuwa żadnych refleksji o przemijaniu , uczczenie imienia? No nie wiem, dat imienin Katarzyna tak jak i Katarzyn jest jak psów. Mam mieszane uczucia co do ważności tego święta, urodziny znacząco więcej dla mnie znaczą :)
Nie mogę się oprzeć przed pochwaleniem się dodatkową puszystością tego posta :)
Dostałam z okazji dnia mojego imienia od mojego kochanego męża puszysty i mięciutki groszkowy szlafroczek i zieloną sól do kąpieli :)
Strasznie się cieszę, bo o szlafroku marzyłam już od jakiegoś czasu.
Mogę teraz iść się pomoczyć, a potem owinąć miękkością i zanurzyć się w robieniu na drutach :3
Ale to później, na razie planuję w końcu opić miodkiem dwójniaczkiem ten w miarę szczególny dla mnie dzień :)
Dlatego też sprułam mój szalo-obwarzanek i zaczęłam go od nowa.
Przeliczyłam go ponownie, odjęłam kupkę oczek i liczę, że tym razem nie będzie go za dużo :)
Żeby lepiej zaprezentować jego miękkość zaprezentuję obiekt w trakcie do którego przytula się mój nowy nabytek :)
Dollshe Saint. Zamówiłam go w mikołajki....roku zeszłego.... i po ponad 11 miesiącach wpieszczony przez dobre dwa tygodnie przez celników w końcu do mnie dotarł :)
Akurat prawie na moje imieniny ^^
Chłopak miał być na początku w okolicach walentynek, potem dnia kobiet, dziecka? moich urodzin... aż w końcu dotarł ^^ czyli przypadkiem zrobiłam sobie prezent z opóźnionym zapłonem XD
A z szaliczko-oponką musze przyśpieszyć, bo coś się chyba chłodniej zaczęło robić ostatnio ;_;
W sumie to ten post powstaje kupa mięci (tak wiem że to powinno być inaczej podzielone) moich dzisiejszych imieninek. Choć co ten dzień tak na prawdę dla mnie znaczy? Właśnie nie wiem, nie mija mi kolejny rok, więc mi nie nasuwa żadnych refleksji o przemijaniu , uczczenie imienia? No nie wiem, dat imienin Katarzyna tak jak i Katarzyn jest jak psów. Mam mieszane uczucia co do ważności tego święta, urodziny znacząco więcej dla mnie znaczą :)
Nie mogę się oprzeć przed pochwaleniem się dodatkową puszystością tego posta :)
Dostałam z okazji dnia mojego imienia od mojego kochanego męża puszysty i mięciutki groszkowy szlafroczek i zieloną sól do kąpieli :)
Strasznie się cieszę, bo o szlafroku marzyłam już od jakiegoś czasu.
Mogę teraz iść się pomoczyć, a potem owinąć miękkością i zanurzyć się w robieniu na drutach :3
Ale to później, na razie planuję w końcu opić miodkiem dwójniaczkiem ten w miarę szczególny dla mnie dzień :)
| かんぱい |
Subskrybuj:
Posty (Atom)










