Nadszedł w mym życiu taki moment, w którym człowiek ma ochotę sobie tyle rzeczy mieć, że aż gubi się już w tego natłoku ;)


sporządziłam sobie tu małą listkę tego, co fajnie by było dostać na gwiazdkę, ale ostatecznie będę musiała zapewne wysupłać na to pieniądze z życia codziennego :)

Dobrze, że większość tych rzeczy da się nabyć za złotówki, bo kursy walut obcych przerażają mnie ostatnio coraz bardziej, czuję się taka biedna ;_;

Zrobiłam zdjęcie ocieplacza szyjowego, ale czeka jeszcze sobie w kolejce do zgrania z aparatu ;)
 Kolorowa sałatka 

proporcje oczywiście są kwestią gustu i potrzeb ;)
moja sałatka mniej więcej została złożona w takich proporcjach :

Sałatka:
- trochę ponad ćwiartka poszatkowanej kapusty pekińskiej
- ponad 1/2 puszki kukurydzy
- 1 pokrojona w kostkę żółta papryka
- 1 pokrojona w kostkę czerwona papryka
- ok 150-200g makaronu (kokardki, gwiazdki itp.) ja miałam makaron w kształcie postaci z kreskówki "Sponge Bob kanciasto porty"
- łyżka posiekanej natki pietruszki
- garść czarnych oliwek

Sos:
(proporcje u mnie to zazwyczaj rzecz przypadku, dla tego podam tylko z czego się składa)
- troszkę majonezu
- znacząco więcej jogurtu naturalnego
- odrobina oliwy z oliwek
- sok z ok 1/2 cytryny
- sól
- pieprz
- odrobina sosu sojowego

Mieszamy wszystkie składniki sałatki, dodajemy wymieszany sosik. Dajemy sałatce ok 15min żeby się "przegryzła". I gotowe :)
Z własnego doświadczenia wiem, że ta sałatka jest jadalna jeszcze przez co najmniej 3dni (bo dalej żyję)

Smacznego!!

Muffinki z fetą i papryką
Przepis pochodzi z mojego ukochanego bloga kulinarnego Moje Wypieki

Tak bardzo go uwielbiam, że aż omijam przez większość roku szerokim łukiem, bo wszystko wygląda tam tak smacznie, ze mogłabym piec i jeść i piec i w końcu bym się w drzwiach nie zmieściła ;)
link do przepisu ->Muffinki z serem fetą i czerwoną papryką

aż chyba sobie je upiekę, tak mi Brahdelt smaka narobiła ;P


Po dwóch sesjach na orbitreku skończyłam wreszcie moją szaliczko-oponkę :3
Właśnie sobie uświadomiłam ile to już czasu minęło odkąd ja w ogóle coś na drutach skończyłam ;_;
W weekend zrobię zdjęcia :) Bo światła dziennego teraz na tygodniu jak na lekarstwo...

buziaki :*
Bardzo dziękuję wszystkim za życzenia :*:*
Prezentowy szlafrok wytestowałam i nie zamieniłabym go na żaden cienki poliester z boa, ten jest idealnie puchaty i cieplutki ^^ a że nie sexi? oj tam, zawsze mogę go przecież zdjąc.

Po głębszej analizie pogody jaka towarzyszy nam tej jesieni, stwierdziłam, że na czapkę jest jednak za ciepło, a na gołą głowę za zimno.
Od razu tłumaczę, że okolice 0stopni , to jeszcze dla mnie kontrowersyjna temperatura jak na czapkę.
Zamarzyły mi się więc nauszniki. W dzieciństwie miałam takie czerwone, składane i.... no i właśnie. Poszłam do centrum handlowego, a tam we wszystkich sklepach tylko na sztywnym pałączku, kiepski wybór, drogie jak skurczysyn....
Udałam się więc na mój średnio ukochany portal teoretycznie aukcyjny, zwany potocznie aledrogo.
 I ku mojemu (nie)zaskoczeniu takie same nauszniczki jak w CH tu są tak przynajmniej o połowę tańsze i znalazłam też moje wygrzebane z pamięci nauszniki składane :)

Pozostał tylko dylemat. Który z 48kolorów wybrać?
Padło  na fiolet (+ dodatkowe beżowe futerka).

Po tygodniu używania jestem z nich w 90% zadowolona, bo czasami mam uczucie jakby miały ochotę się złożyć. Ale przynajmniej są łatwe w transporcie torebkowym i dobrze trzymają się na głowie. No i co najważniejsze, chronią od wiatru moje uszka :3

Miałam to napisać już wczoraj, ale przez tą wichurę(plus gradzio[mały grad] bicie) w nocy z niedzieli na poniedziałek byłam wczoraj tak nie przytomna, że nie mogłam wykrzesać z siebie składnego tekstu, japoński też mi szedł wczoraj opornie... ale dziś, dziś już jestem zwarta i gotowa :)

Zazwyczaj nie prezentuję swoich pracowych bento, bo nie są efektowne ani za kreatywne, ale to postanowiłam uwiecznić.
Poimieninowe bento poniedziałkowym porankiem.
sałatka z makaronem+ sałatka tradycyjna + muffinka+mandarynka.

Jeśli ktoś by reflektował na przepis sałatkowy/ muffinkowy , to mogę sie podzielić w następnym poście ;)

A dziś mam wielkie plany pojeździć z drutami, bo szalik by mi się w końcu przydał hehe... trzymajcie kciuki za moje samozaparcie

buziaki :*
Mięciutkie i cieplutkie rzeczy to to, co Fretki lubią najbardziej :)
Dlatego też sprułam mój szalo-obwarzanek i zaczęłam go od nowa.
Przeliczyłam go ponownie, odjęłam kupkę oczek i liczę, że tym razem nie będzie go za dużo :)

Żeby lepiej zaprezentować jego miękkość zaprezentuję obiekt w trakcie do którego przytula się mój nowy nabytek :)

Dollshe Saint. Zamówiłam go w mikołajki....roku zeszłego.... i po ponad 11 miesiącach wpieszczony przez dobre dwa tygodnie przez celników w końcu do mnie dotarł :)
Akurat prawie na moje imieniny ^^

Chłopak miał być na początku w okolicach walentynek, potem dnia kobiet, dziecka? moich urodzin... aż w końcu dotarł ^^ czyli przypadkiem zrobiłam sobie prezent z opóźnionym zapłonem XD

A z szaliczko-oponką musze przyśpieszyć, bo coś się chyba chłodniej zaczęło robić ostatnio ;_;


W sumie to ten post powstaje kupa mięci (tak wiem że to powinno być inaczej podzielone) moich dzisiejszych imieninek. Choć co ten dzień tak na prawdę dla mnie znaczy? Właśnie nie wiem, nie mija mi kolejny rok, więc mi nie nasuwa żadnych refleksji o przemijaniu , uczczenie imienia? No nie wiem, dat imienin Katarzyna tak jak i Katarzyn jest jak psów. Mam mieszane uczucia co do ważności tego święta, urodziny znacząco więcej dla mnie znaczą :)
Nie mogę się oprzeć przed pochwaleniem się dodatkową puszystością tego posta :)
Dostałam z okazji dnia mojego imienia od mojego kochanego męża puszysty i mięciutki groszkowy szlafroczek i zieloną sól do kąpieli :)
Strasznie się cieszę, bo o szlafroku marzyłam już od jakiegoś czasu.
Mogę teraz iść się pomoczyć, a potem owinąć miękkością i zanurzyć się w robieniu na drutach :3


Ale to później, na razie planuję w końcu opić miodkiem dwójniaczkiem ten w miarę szczególny dla mnie dzień :)

かんぱい
Tak wiem, że dziś już piątek ;) ale środowy wieczór był na tyle sympatyczny, że mam zamiar go sobie zanotować ^^

Bo z koleżanką wyrwałyśmy się wieczorową porą z objąć życia codziennego by zatopić się w muzyce.
Muzyce nie za typowej, mało w Polsce znanej i tak wciągającej, że nie mogłam sobie po prostu odmówić.
To gdzie my właściwie byłyśmy?



Byłyśmy na koncercie Patricka Wolfa w warszawskiej "Stodole".
Supportowała mu Chinawoman. Sympatyczna acz z deka nudnawa wokalistka. Choć ponoć tym razem support i tak był znacząco lepszy niż poprzednio.
No a sam Koncert? Mnie się straszliwie podobał. Był poświęcony najnowsze płycie "Lupercalia" ale przeplatały ją największe hiciory z wcześniejszych albumów, co usatysfakcjonowało w pełni moje potrzeby muzyczne. Nawet sobie trochę poskakałam  ;)
Na nastepny koncert Patricka też pójdę, a co. Lubię go, to co sobie mam żałować.

Ach. I widziałam na koncercie prawdziwą fankę :3
Na pierwszym utworze ze szczęścia płakała jak bóbr, zanosiła się tym płaczem i w ogóle.
Zdziwiło mnie że nie dopchnęła się pod scenę by być bliżej ;)

Zdjęć niestety nie mam, bo mój aparat w telefonie to dziadostwo i nie poradził sobie z wyzwaniem focenia zawartości sceny.

buziaki :*
A Havoc, jak to Havoc oczywiście żyje sobie w najlepsze :) Przesypia spore części dnia, ale jak już jest aktywny... to pełno go wszędzie ^v^

Zawsze jest gdzieś w pobliżu i na przykład sugestywnie leży w zasięgu wzroku, leży i czeka i czeka i czeka.... Taka niema sugestia XD
Rano sugeruje czekaniem i bieganiem o zapotrzebowaniu na banana, wieczorem jajko i mięso. No po prostu przez parę lat wypracował sobie taki system sugestii, że nie sposób go zignorować.
Najskuteczniejszy jest kiedy obszczypuje mnie po nogach.....
Potwór prosialny ;) Ale tak kochany, że zamieniłabym go na innego :)

Fretka czekająca z przodu:

i fretka czekająca w początkowym stadium przeciągu od tyłu ;)


Ostatnio Havocowi przypanoszyło się jakieś zapalenie ucha, ale już zapanowaliśmy nad sytuacją.
Choć zabawa w aplikowanie kropel do frecich uszu jest przednia ;)
Dobrze, że to ja jestem tą silniejszą w tym tańcu z kropelkami ^^

Tak patrzę na moje zbiory zdjęciowe i chyba rozpocznę projekt polowanie na fretkę z obiektywem, bo zauważyłam, że mam same leżąco śpiące zdjęcia Havoca... trzeba to skorygować ;)

miłego dnia :*
Spróbuję zastosować metodę Yadis, może to mnie zmobilizuje :)
Nie obiecam, że będę pisała codziennie, ale postaram się na wpis przynajmniej raz w tygodniu ^^

Dziś na tapecie Candy u DwaKoty prosto ze wsi w Japonii -> o tutaj
Przyznaję bez bicia, że skusiła mnie japońskość rozdawajki


A następnym razem będzie o Havoc'u, bo cały czas żyje ^^
Ech, w ramach sprzątania zassałam odkurzaczem nieco pajęczyn z bloga ;P
Z góry przepraszam wszystkich, że w ogóle nic nie piszę(może jeszcze ktoś mnie czyta), ale jakoś czas mi zbyt szybko umyka i zawsze mi go na to brakuje.

Przynajmniej tak sobie wmawiałam przez ostatnie parę miesięcy. Ostatnio jednak doszłam do wniosku, że to nie prawda. Sama sobie to robię twierdząc że mam za dużo rzeczy do zrobienia i przez to umęczona tym natłokiem nic nie robię. No i jeszcze sobie wmawiam że jestem zajęta. Ech.....
No w każdym bądź razie postanowiłam walczyć ze sobą. Daleko mi jeszcze do tego, ale widzę już małe postępy.

Z podsumowania ostatnich miesięcy, to w wakacje zrobiłam sweterek


ale go nawet nie wykończyłam, bo okazał się porażką z przodu, choć przynajmniej rozmiarem był w porządku. Ech, do przyszłego lata zdążę go spruć ;P

Z pozytywnych skutków ostatniej walki ze sobą, znowu dłubię co nieco na drutach i wzięłam się za moje lalki. Już nigdzie się nie śpieszę, wolę działać powoli i skuteczniej.

No i zaczęłam się uczyć japońskiego na poważnie. Bakcyl z wakacyjnego kursu mi się zagnieździł na dobre.
Ale może o tym następnym razem, niech to będzie moją motywacją do nie porzucenia bloga na dłuższy czas.

A teraz idę do maszyny. Bo zapragnęłam mieć zasłonkę ^^
Ech i kolejny rok mojej egzystencji minął. Cieszę się niesamowicie z tego roku, bo mimo, że za dużo nie osiągnęłam w kwestii zawodowej, to reszta jakoś tak się sympatycznie potoczyła.

Moje lalkowe hobby pomogło mi w walce z moją aspołecznością.

Spędziłyśmy szalony miesiąc w Japonii z Brahdelt, Marti i naszymi mężami :D

podjęłam kilka ważnych i mnie ważnych decyzji dla mojego dalszego życia.

I cały czas walczę z moim lenistwem, mało skutecznie, ale walczę.


Po kolejnym roku życia i lalkowania moja mała kolekcja się nieco przetasowała

Bellka i Dante (w końcu ustaliłam imię dla Chromacza)
trzymają się dzielnie


W między czasie skompletowałam po wielu burzliwych przejściach Lumen - Volks Elena


a z wyprawy do Japonii wróciła ze mną Salem - Volks Yugiri


parę miesięcy pomieszkała u mnie Tatianka z firmy Iplehouse, ale jakoś nie przypadłyśmy sobie ostatecznie do gustu więc musiała się wyprowadzić.


W sumie jak tak się zastanowię, to czekam jeszcze na dwóch panków, którzy kiedyś może się zjawią (dłuuga historia i jeszcze dłuższe czekanie) i na chudziutką jak szparaga dziewczynkę, która została sfinansowana kosztem Tatiany ;)


Po powrocie z Japonii dodatkowo odczuliśmy straszny niedosyt językowy, bo wiecie niby po angielsku da się dogadać, ale to jednak nie jest to.
Więc zapisaliśmy się na intensywny kurs wakacyjny z podstaw japońskiego na UW.
No i mamy teraz zawalony, ale ekscytujący lipiec. Kurcze dawno mi się tak dobrze niczego nie uczyło jak tego japońskiego. Myślicie że to tęsknota za studiami? Czy może po prostu jakiś przydatny cel z nutką fascynacji?

Na razie zgłębiamy hiraganę (jeden z alfabetów) w końcu od czegoś trzeba zacząć.

Na koniec podsumowania zostawiam sobie drażliwy temat robótkowy. Oj mało w tym roku zrobiłam, mało ;_;
ale staram się z tym walczyć. Zabrałam kupę włóczki do Japonii i jak wróciłam miałam już połowę sweterka, niestety pacjent umarł po przymiarce. I znów jestem na etapie startu :/


a czeka na mnie jeszcze kupa rzeczy do skończenia i ten wielki kłąb ze zdjęcia z Tatianą ;D
trzymajcie za mnie kciuki, to może łatwiej mi będzie walczyć z ospałością i lenistwem

buziaki mówi wam 18to letnia Kasia z o rok dłuższym doświadczeniem ;)
Przyznaję się bez bicia, zaniedbałam bloga :(
Trochę z powodu braku czasu, trochę z powodu lenistwa, trochę braku weny, a przede wszystkim z braku nowych robótek.

Pochwalę się za to owocem polowań mojego kochanego męża na znanym wszystkim serwisie aukcyjnym alegrogo ;)
Misa w stylu art deco z niebieskiego szkła ^^
planujemy zapolować jeszcze na talerzyki deserowe i może coś jeszcze, ale to dopiero po powrocie, bo przecież zostały nam już tylko dwa tygodnie do eskapady na wyspy japońskie ;)

W ramach łączenia przyjemnego z pożytecznym dostało się z aparatu moim kwiatkom balkonowym, które o dziwo przetrwały zimę i prężnie starają się pokazać, że żyją ^^







A teraz czas wracać do pracy, bo mam jeszcze w huk dużo do zrobienia przed wyjazdem :/
Walka z nadwagą idzie mi ostatnio jak krew z nosa.
Po pierwsze: bo za długo już się ogólnie odchudzam, potem sobie tyję i znowu się odchudzam i mój organizm już po prostu się przyzwyczaił przez te lata.
Po drugie: ja mam genetyczne uwarunkowania do posiadania nadwagi i chyba pozostanie mi się do tego w końcu przyzwyczaić :(

Ale nie poddam się, bo o dziwo już tak się przyzwyczaiłam do walki, mniej lub bardziej owocnej, z kilogramami, że po prostu źle się czuję jak tak pozwalam organizmowi na tyjącą samowolkę. Może kiedyś z dziadem zwyciężę? A na razie na dziś mam w planach canelloni ze szpinakiem ^^'

Do napisania dzisiejszego posta skłoniły mnie dwie rzeczy, które niestety nie mają nic wspólnego z drutami czy szydełkiem. Ale o tym zaraz ^^

Pierwszym powodem jest aparat fotograficzny. Pożyczyłam od teścia Sony Alphę i szaleję z nim po mieszkaniu testując jak małą głębię jestem w stanie uzyskać na różnych przedmiotach ;D

A drugim i znacznie ważniejszym powodem jest to:
Nie bałagan w tle, nie moja krótka grzywka i również nie są to moje źle dobrane rajstopy ;P
Ale spódnica. Ci co znają mnie choć trochę, wiedzą, że mam obsesyjną nienawiść do swoich nóg i jedyne co dla nich akceptuję są spodnie bądź długa spódnica.
W tym miejscu przesyłam podziękowania dla Brahdelt i mojego Janka, jako głównych motywatorów ^^ Bo chyba dzięki tym dwóm osobom w moim życiu nastąpił wreszcie jakiś przełom. Najpierw w lato kupiłam dwie krótkie sukienki, a teraz spódnicę ^^
Aż się boję co będzie następne ;D

Moim wczorajszym celem w szaleństwach zakupowych były tak na prawdę buty, ale ponieważ lubię chodzić na zakupy z mężem to po szalonej sesji w Stradivariusie wyszłam obładowana jeszcze spódnicą i dwiema bluzkami ;D

Buty kupiłam w New Looku, złamałam moją zasadę i kupiłam coś co krowę/świnię widziało na zdjęciu. Ale za to skubańce są wygodne. Tu też podziękowania dla Brahdelt, bo zupełnie nie planowałam teraz zakupu butów, a tak to rozbudowałam swoją mikro kolekcję obuwniczą o brązowe cuda podnoszące mnie o parę ładnych centymetrów nad poziom chodnika ;P

A teraz muszę się wytłumaczyć dlaczego nic nie robię na drutach.
Brutalna prawda jest taka: nie mam czasu ;_; a potem siły.

Pół biurka zajmują mi farby i pastele, drugie pół bałagan i komputer ;P
Bo rozwijam swoje umiejętności w malowaniu makijaży lalkowych. W kolejce mam jeszcze 2 nieswoje główki i przemalowałabym z chęcią swoje żywiczki.
No i wracam powoli do "biznesu" perukarskiego czyli walczę z farbowaniem i szyciem owczych futer. Przyszedł mi ostatnio świeżutki, wymacany przez celników, płacheć piękne falowanego futra i tylko czeka aż stanę przed nim z octem i barwnikami i zacznę robić próbki kolorystyczne ^^


Bonusowo: jak ciężko uchwycić freta na zdjęciu

i gościnnie Chudy, który wraca jutro do swojej rodziny, po tym jak przypadkiem ukrył się pod poduszką w zeszły weekend ;D

lecę gotować obiadek, bo już mi w brzuchu burczy jak o tym myślę :*
Pierwsze dobre
ZTM Warszawa zmienił nagranie "Och Teatr" i już lektor nie dławi się śmiertelnie za każdym razem jak to czyta ;)

Drugie dobre
Czasami człowiek gotuje różne rzeczy z przyzwyczajenia i tak popada coraz głębiej w rutynę i popada. My czasami staramy się nieco od tego odskoczyć i szukamy jakiś nowości (dla nas) kulinarnych. Ale czasami można też zmodyfikować już od dawna opanowane posiłki.
I tak na przykład od jakiegoś czasu kotleta schabowego posypuję delikatnie czosnkiem granulowanym( lub świeżym) przed panierowaniem. A wczoraj Janek wpadł na genialny, jak się potem okazało, pomysł i w kotletach mielonych zastąpiliśmy cebulę, drobno posiekanym porem.
Po prostu bomba, aż musiałam się tym podzielić, żebym sama o tym nie zapomniała ;)

Trzecie dobre
Skończyłam komin i w związku z tym mogę się podzielić sposobem jego zakończenie.
przerabiamy 2 oczka tak jak w rzędzie 1, następnie przekładamy pierwsze oczko z prawego drutu przez drugie (jeden ze standardowych sposobów zakańczania robótki) *przerabiamy jedno oczko jak w rzędzie 1, przekładamy pierwsze oczko z prawego drutu przez drugie * i tak powtarzamy ** aż do zamknięcia wszystkich oczek.

Czwarte dobre
Zrobiłam zdjęcia :)

Jedno złe
pasiasty komin jest jak na mój gust totalnie za duży... Nijak nie jestem w stanie go opanować przy trzech owinięciach, bo przy dwóch albo jest za luźny albo nadmiar upchnięty pod kurtką wypycha mnie ciążowo z przodu :/
Więc będę robiła komin w krótszej wersji, tak na owinięcia, ale to już na przyszły sezon ;)

Podsumuję
druty :10mm
włóczka: Yarnart Magic 600
wyszło mi 2,5 kłębka
całość jest cieplutka i mięciutka, niestety przydługa :/

idę nadrabiać zaległości.... buziaki wszystkim :*
Postaram się odrobinkę rozjaśnić mroki jodełkowego wzoru :)

Bo wzór sam w sobie jest banalny. Tylko chyba za bardzo namieszany w oryginalnym opisie.

Ogólnie wzór ten jest przeznaczony do robótki "na okrągło", podejrzewam, że spokojnie da się go przerobić "płasko", ale póki co nie miałam na to czasu (albo w sumie i potrzeby)

Po nabraniu odpowiedniej liczny oczek zamykamy robótkę przerzucając ostatnie narzucone oczko na lewy drut (czyli przed pierwsze).

na prawego druta zakładamy jakoś łatwo zdejmowalny marker (na prawdę się przydaje).
I suniemy.
rząd 1
K2tog czyli przerabiamy 2 oczka na prawo od przodu (tradycyjnie = książkowo), a przy zdejmowaniu oczek z lewego druta, zsuwamy tylko pierwsze, zostawiając drugie dalej na drucie. Przerabiamy tak samo to zostawione z następnym na drucie i tak suniemy aż do znacznika. Powinno nam zostać jedno oczko. Zdejmujemy znacznik. Przerabiamy to samotne oczko z oczkiem zza znacznika i upychamy znacznik po prawej stronie przerobionego oczka.
I tak kończy się rząd 1.
rząd 2
Pierwsze oczko na drucie przekręcamy. I ten rząd lecimy K2tog tbl czyli przerabiamy 2 oczka na prawo wbijając druta od tyłu (prawe odwrócone). Postępujemy oczywiście tak samo jak w rzędzie 1, czyli z lewego druta spuszczamy tylko pierwsze oczko. Po dojściu do markera zostaje nam również jedno oczko, czyli ściągamy marker, przerabiamy jeszcze jedno odwrócone, zakładamy marker po jego prawej stronie.
rząd 3 = rząd 1
Trzeba tylko na samym początku przekręcić oczko ponownie do pozycji normalnego prawego. I lecimy~~~~~~
Aż do oporu. w moim przypadku di 14 cali, czyli jeszcze spory kawał v_v

Mam nadzieję, że mój chaos opisowy nieco wyklarował wzór, że PurlBee się nie obrazi, że go przetłumaczyłam ;)
Acha początkowe oczka dobrze nabierać metodą klasyczną, czyli z dwóch nitek na dwa złożone druty, wtedy całość jest wystarczająco elastyczna.

PS. Zamykania robótki jeszcze nie zgłębiałam ;P
Każdy słyszał o miłości od pierwszego wejrzenia. Ja doświadczyłam takiej półtorej tygodnia temu. Zakochałam się mianowicie w kominie(?), kurcze jakie jest polskie słowo na angielski "cowl"?
Znalazłam go na blogu Purl Bee i tak mi się spodobał jego wzór, że aż z wrażenia zakupiłam do niego włóczkę, mimo że miałam tego nie robić póki mam kupę zapasów i pozaczynanych robótek.
Mimo że we wzorze włóczka ma gramaturę 100g/100m, to dzięki niememu wsparciu ravelry dobrałam sobie włóczkę dwa razy cieńszą. Może dzięki temu starczy mi wełenki na nowe rękawiczki?
Na ofiarę upolowałam sobie YarnArt Magic w e-dziewiarce :)
No i zanim zebrałam się żeby napisać tego posta, zdążyłam już ją wypróbować ^^
I nawet jeśli już na ten sezon się nie załapie, to będzie na następny, bo mój zielony, szydełkowy szalik zaczyna przypominać szmatę :/ Ale co się przydał, to jego :)


W ogóle to dziękuję wszystkim za pochwały dla geterko-ocieplaczy, bo dzięki Wam zaczęłam ich używać ^^ W sumie tylko 2 dni na dworze zaliczyły, bo potem śnieg wyparował z otoczenia.... ale
już wiem, że będę w nich chodziła jak tylko pogoda będzie znowu odpowiednia (liczę, że nastąpi to również dopiero w przyszłym sezonie). W sumie zastanawiam się czy sobie jeszcze kiedyś jakiegoś innego modelu nie zrobić. Strasznie nie docenione są u nas takie geterki, trzeba zacząć je promować ^^

Wracam do pracy, bo ostatnio jestem ze wszystkim spóźniona :/
A na deser, Havoc w stanie zimowo-dziennym. Czyli w zaparte śpiący w kącie za drzwiami ^v^
Z uchylonymi oczami... prawie jak Leon Zawodowiec. Tylko nie chrapie ;)


Eksperymentuję cały czas z obróbką zdjęć, dla tego co posta wyglądają inaczej ;D

Wreszcie skończyłam coś drutowego :) Nie wiem czy kiedykolwiek użyję tego wytworu rąk własnych, ale ponieważ nigdy nie należy mówić nigdy, więc daję swojemu dziełu parę % używalności.
A cóżem ja takiego spłodziła?
A ocieplacze/geterki :)
włóczka: Kartopu Yunlu As ok 300g-400g w dwie nitki
druty:12mm
Wzór bardzo przyjemny i na tyle szybko kończący się, że można śmiało powiedzieć, że nie jest nudny. Muszę tylko dorobić ocieplaczom wiązanie na górze, bo się brzegi brzydko rozchodzą.

Następny włóczkową miłość od pierwszego wejrzenia zacznę na dniach, jak tylko poczta łaskawie odda mi włóczusię zamówioną spontanicznie w ostatni czwartkowy wieczór ^^

~***~

Dawno nie pisałam nic o dollfowych (w sumie to lalkowych) spotkaniach, ale ponieważ wczoraj było inaczej, więc o tym z przyjemnością wspomnę :)
1. Zmieniłyśmy miejsce spotkań na zdecydowanie jaśniejsze i cieplejsze. Od razu kawa też zyskała nutkę luksusu u normalnego zjadacza chleba, bo zamiast papierowych kubków została zaserwowana w szkle~~
2. Poznałam na żywo przesympatyczną Gackową i jej armię lalek :)
3. "Ukradłam" klika zdjęć, więc mam co pokazać. Zdjęcia należą do Waranamamy

Moja Lumen, najnowsza zdobycz, którą się chyba jeszcze nie chwaliłam. Jest hybryda głowy Volks Eleny i ciałka Ariadoll.
Ty praktycznie cała armia wczorajszej, spotkaniowej żywicy
I na koniec, to co lalka Blythe myśli o mnie... ;)
o moim odchudzaniu noworocznym napiszę następnym razem ^^
Ach, zapomniałabym, że chciałam podzielić się mikro spostrzeżeniem z przeciętnego dnia codziennego.
Dość często pokonuję kawałek trasy do pracy tramwajem nr 1 i potwornie boli mnie to co ZTM robi w ramach oszczędności (chyba) z zapowiadaniem przystanków.
A wszystko to przez Kino Ochota. Bo było sobie kiedyś to kino i było, a później wykupiła je Krystyna Janda dla córki.
W każdym razie odkąd Kino Ochota zostało magicznie przemienione w Och Teatr w komunikacji miejskiej zaczęło się dziwnie dziać. Najpierw przystanek zmieniono na Częstochowska, a potem magicznie na Och Teatr. I teraz w tramwajach za każdym razem jak się zbliżam do tegoż przystanku z głośników leci coś co przyprawia człowieka o mdłości. ZTM pociął inne komunikaty przystankowe i skleił z nich Och, które nagle się ucina jakby pan się nim dławił dość boleśnie, a potem resztką tchu wyrzuca z siebie Teatr, który też został wycięty z jakiegoś równie niestosownego miejsca....
Dziś rano ten przystanek został pominięty milczeniem ^^ i od razu przyjemniej się jechało ;P
Aniu, doskonale pamiętam Chińską Różę, bo jakże bym mogła wymazać takie fajne wspomnienia ;)


~***~

Ponieważ moje robótkowanie sunie tak powoli, że aż się nim może pochwalę w przyszłym tygodniu, jeśli uda mi się kupić do niego guziki.

Dla tego podłechtam Wam kubki smakowe się moją muffinkową manią.
Dziś muffinki czekoladowo-kawowe ^^
(bez polewy, ponieważ towarzyszyły mi przy dollfowym spotkanku, a czekolada jak wiadomo potrafi się przetransferować w tajemniczy sposób w najmniej odpowiednie miejsca v_v)
z mojego najukochańszego słodkiego źródła.

No i pozdrowienia dla wszystkich czytelników od Havoc'a, który ostatnio jest bardziej niedźwiedzi niż freci =^^=
czyli jak zrobić coś fajnego do jedzenia naginając nieco składniki ;P

Kiedyś człowiek miał kilka książek kucharskich w domu i tym się posiłkował, czasami dostał jakiś przepis od znajomych, a teraz? Teraz mamy jeszcze internet i telewizję. (oczywiście książki są dalej bardzo ważne, przynajmniej dla mnie)
I to nie koniecznie o programy kulinarne mi chodzi ;)

Czasami coś się gdzieś zobaczy, pochwyci nazwę i z ciekawości zerknie w sieć, by rozszyfrować skomplikowaną, nic nie mówiącą nazwę.

I tak to zaczęła się nasza przygoda z okonomiyaki ^^
czyli po polskiemu mówiąc, plackiem kapuścianym ;)

Bardziej rozwijając temat, jest to placek smażony na gorącej blasze, zrobiony z świeżej kapusty i kupki dodatków.

składniki:
ok 300g cieniutko poszatkowanej białej kapusty
woda ok 160ml
mąka ok 100g (najlepiej jakby była specjalna do okonomiyaki, ale ponieważ jesteśmy w Polsce, to zwykła tez jest bardzo dobra)
ze 2 łyżki mąki ziemniaczanej
szczypiorek/cebula
imbir marynowany, tak na oko łyżka, posiekać
kiełbaska, drobno pokrojona
boczek, parę plasterków
2 jajka
mogą być też krewetki, lub co komu przyjdzie na myśl ;)

przepis:
wodę wybełtać z mąką, aż powstanie gładkie ciasto, cos w stylu naleśnikowego, można dodać odrobinę mąki ziemniaczanej żeby nadać ciastu większej gładkości i lepkości.
Dodajemy jajka, kapustę i dodatki:posiekany szczypiorek/cebulę, kiełbaskę, imbir, krewetki.(My dodaliśmy szczypiorek, podsmażone mięso mielone i imbir) Wymieszać.

Oficjalnie potrzebna nam teraz jest spora rozgrzana blacha, ale ponieważ ja mam tylko kuchenkę elektryczną, więc zamieniliśmy blachę na patelnię ^^

Patelnie rozgrzewamy więc dość dobrze i wrzucamy kapuścianą mieszankę. Lekko uklepujemy i zmniejszamy ogień/prąd na niższą temperaturę ( u mnie 0-9 daję jej 4 lub 5 poziom mocy)
zostawiamy na jakieś 4-6 minut, aż się lekko podsmaży od spodu.

W między czasie na wierzchu układamy plasterki boczku (tak żeby po przewróceniu boczek znalazł się pod spodem)
Kiedy placek jest już podsmażony przewracamy go. My posiłkowaliśmy się przy tym sporą deską, żeby nie zrujnować kształtu potrawy ;)
I znowu ze 4-5 min aż się przysmaży ^^
Odwracamy dziada jeszcze raz i go trochę jeszcze trzymamy pod przykryciem żeby doszedł dogłębniej.
I gotowe ^^
z założenia powinno się to jeszcze pociapać majonezem i sosem do okonmiyaki (ketchup, sos worcester i sos sojowy)

SMACZNEGO,
bo kurcze rzeczywiście jest to smaczne ^^

i tak, zjedliśmy to pałeczkami ;P

Sałatkę też zrobiliśmy sobie tematyczną.
Wakameeee~~~~~~




Szklanka suchych glonów wakame
średni ogórek
sól
ocet ryżowy
cukier

Glony zalewamy wodą i moczymy ok 20min
ogórki kroimy w cieniutkie plasterki (mogą być ze skórką), solimy i odstawiamy żeby puściły wodę

po 20min odciskamy glony i szatkujemy je, odlewamy ogórkową wodę, ale nie przelewamy i dorzucamy do wakame. Wszytko polewamy odrobiną octu ryżowego wymieszanego z płaską łyżeczką cukru.

Jeśli się ktoś skusi na plackowy eksperyment, to życzę smacznego ^^
Mi zostało pół kapusty, więc dziś dziś robię sobie wersję z jajkiem sadzonym zamiast boczku ;P

A o odchudzaniu się jeszcze pomyśli v_v czasami można sobie zaszaleć~~


-----------------------------------

Z ostatniej chwili

Jeeeeeaaaa, JEDZIEMY DO JAPONII JEDZIEMY DO JAPONIIIIIII~~~~~~
klamka zapadła, bilety zostały kupione, w maju wybywamy z kraju z Brahdelt i Mari i naszymi mężami ^^

----------------------------------

Yadis o ile mnie pamięć nie myli ( bo siedzę w pracy) moja maszyna to DXL603 ^^


A teraz rozwijamy temat przewodni:
Sól. Z jednej strony bardzo popularna przyprawa, a z drugiej strony zmora. Zmora sezonowa, bo negatywne odczucia w stosunku do soli towarzyszom mi tylko zimą. No dobra latem też, bo nie cierpię solonych ogórków, rzodkiewek, pomidorów i tym podobnych. Ale teraz mamy zimę i po każdym większym opadzie śniegu na chodniki i ulice wylegają tabuny ludzi i maszyn, by posolić nam przejście/przejazd po mieście.
Nie biorą przy tym pod uwagę, że niszczą wszystko co żyje w okolicy, trawę, zwierzątka, szkodzi toto psom i butom ;_;
Psa i buty można niby nawet zabezpieczyć, ale warstwa bagna solno-śniegowego często jest tak gruba, że nic to zupełnie nie daje :(

Dla właścicieli psów, zwierzakowi dobrze jest nasmarować czymś tłustym poduszki łap i przestrzenie między palcami, ułatwia to czworonogom życie.

Dla moich biednych butów nie mam już zbytnio nadziei, tak wyglądały parę dni temu (porządnie wypastowane dnia poprzedniego) buty, po przejściu paru metrów placem zamkowym. To bagno zżera wszystko. Dobrze że przez weekend trochę śniegu odparowało, bo już mnie męczyło codzienne szorowanie i pastowanie biedaków.



No ale zostawmy już ulice, przemieśmy się w domowe zacisze ^^
A wraz z nim do kuchni, i zakupionego w Kerfurze 1kg soli kamiennej.
No bo jak ma być o soli to już po całości ^^

Kupiłam sobie kilo soli kamiennej bo mi się akurat skończyła. Dużego wyboru nie miałam, właściwie cały jeden wybór na terenie kilku półek. Po przyjściu do domu nie udało mi się wysypać soli z opakowania, ale za to udało mi się ją z niego wypchnąć (na zdjęciu już po części rozdrobniona bryła). I tu pojawia się pytanie, czy to producent, czy sklep nad interpretował wyraz KAMIENNA w soli? A może to była sól rzeźbiarska, tylko pomylili w sklepie działy? Jaka by odpowiedź nie była po ok 20min soli została przywrócona konsystencja sypka ^^ ale pytania pozostają~~

~***~

Na moim polu walki z nadwagą na razie leka posucha, choć waga po tygodniu lekko drgnęła w dół. Rowerek wydziela za słabe feromony zachęty, więc dosiadłam go tylko 3 razy, a zapasy czekolady, nagromadzonej przez święta, drą paszczę w stronę mojej podświadomości :/
Ale udało nam się zaszaleć kulinarnie w weekend i tym się podzielę mam nadzieję jutro ^^