Pokazywanie postów oznaczonych etykietą domowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą domowo. Pokaż wszystkie posty
Rok 2014.
Od początku wiedziałam że będzie ciekawy i nieco szalony. A może nie od początku? Ale jakoś tak na początku stycznia ostatecznie wiedzieliśmy, że wyjeżdżamy z Polski.

I wtedy zaczęło się to szalone. Pomijam tu szare aspekty życia, jak praca, banki itp. Ale pakowanie... Pakowaliśmy się parę miesięcy i ledwo się wyrobiliśmy ;D 1/3 zawartości mieszkania poszła do kosza, 1/3 została rozdana i 1/3 pojechała z nami. Rozpakowanie tego było zdecydowanie łatwiejsze niż spakowanie.

Jakbym miała powtórzyć to po raz drugi, to przed wyjazdem kupiłabym parę rzeczy w Polsce, bo rynek Szwajcarski okazał się.... inny. W Polsce kupiłabym rowery, nowego crosstrainera, żelazko i czajnik ;D
Czajnik w sumie ostatecznie kupiliśmy w Polsce, ale to długa i zawiła historia.

A moje osobiste podsumowanie?
 - Jeszcze w 2013 miałam zacząć biegać jak wszyscy, do tej pory tego nie zrobiłam i raczej to się nie zmieni. Nie lubię biegać i już. Ale za to uzależniłam się od jeżdżenia na crosstrainerze, na którym do tej pory szuram interwałowo z satysfakcją i potem na klacie (crostrainer'a zazwyczaj nazywanym orbitreckiem, od produktu który laaaata temu sprzedawały bodajże telezakupy Mango). Uzależniłam się do tego stopnia, że jak tylko stabilnie osiedliśmy na ziemiach szwajcarskich zaczęłam się miotać z bezruchu i dręczyć męża potrzebą posiadania tego sprzętu, bo mój poprzedni sprzęcior zajeździłam na tyle skutecznie, że nie chciałam go ze sobą wlec.
W akcie desperacji zaczęłam ćwiczyć razem z Chodakowską, przebolałam samą trenerkę (no nie lubię kobiety i już), bo ćwiczenia okazały się rzeczywiście wymagające i dawały mi wycisk (za co chylę czoła).
Ogólnie w 2014 osiągnęłam wagę, którą założyłam sobie w połowie 2013. Robiłam to stopniowo z przerwami, żeby nie wpakować się w efekt jojo i uważam to za mój największy sukces minionego roku. Przeglądając kartę zdrowia z podstawówki odkryłam, że tyle co obecnie ważyłam ostatni raz przed 12tym rokiem życia.
Zmieniłam też podejście do jedzenia. Dalej uwielbiam smacznie zjeść, ale już nie tyle co kiedyś. No bo co to by było za życie na jakiś monotonnych duszonych indykach i sałacie?

- Robótkowo było u mnie kiepsko. Choć na szczęście coś tam udało mi się skończyć. Nie wiele tego wyszło, ale przynajmniej jest kochane i używane :)

- Czapka gryzie, ale jest akurat na okolice 0 stopni
-  sweter nie gryzie, bo go oddzielam od siebie jakąś bluzką (Ale alpaka z Dropsa już więcej u mnie nie zagości)
- a szalik mimo że cieniutki to jest na tyle cieplutki, że nawet obecnie mi dość często towarzyszy (nawet na zdjęciu z czapką).
Było jeszcze parę nieudanych podejść do drutów, ale tego na szczęście nie publikowałam ;D

- Jako że ostatnio przekwalifikowałam się na panią (w) domu ( powinnam się określać raczej jako pani (w) kuchni ), to dorzucę do podsumowania jeszcze parę "gadżetów", które zdecydowanie uważam za strzał w dziesiątkę minionego roku.

- multicooker, obskakuje mi wszystko czego nie trzeba mieszać, kasze, ryże, gyozy, duszenie mięsa i tonę innych rzeczy. Chyba na razie nie przekonało mnie tylko jako frytownica, bo grzeje do zbyt niskiej temperatury (dziwne że producent nie wie do jakiej temperatury grzeje się olej na frytki, a potem poleca to urządzenie właśnie do tej czynności)...
- odkurzacz Dyson'a. W końcu nie muszę wlec za sobą tony kabla i zastanawiać się czy worki do odkurzacza dalej jestem w stanie gdzieś kupić, czy już je całkowicie wycofali... (ten problem workowy towarzyszył mi przez ostatnie parę lat)
- spieniarka do mleka - i kawa o poranku robi się fajniejsza :3 a grzanie mleka do innych potrzeb nie stanowi już problemu.
- mini zegarko/budziko/tajmero/termometr z Ikei. nieodzowny przy robieniu precli :3 
- Cake pop maker, cały czas zachwyca mnie to co można z niego wyczarować (i nie są to tytułowe cake popy). Przepisy na muffinki nabrały dla mnie nowego wymiaru zastosowania :)
Planów na 2015 nie robię, już dawno temu odkryłam, że to nie ma najmniejszego sensu.Co ma być, to będzie :)

Na chwilę obecna na 100% jest szuflada pełna czekolady :3


W tym, moim zdaniem, Wedlowskiego hitu czekoladowego 2014. (Kolega się dziwił, że zwożę czekoladę do kraju czekolady, ale było warto. )


Kończę powoli mój koszyk, kiedyś w końcu muszę, bo mi jest potrzebny.
Czytam namiętnie którąś już z kolei Maryninę, Brahdelt mnie zaraziła i jestem jej za to wdzięczna :)


A wczoraj przed sylwestrową północą poczłapaliśmy sobie nad jezioro


Obejrzeliśmy z oddali pokaz fajerwerków w Zurychu :) zapiliśmy to szampanem ^v^


A rano zostały już tylko "zgliszcza". 4 niedojedzone kuleczki serowe
Przepis na muffinki, jak pisałam wyżej, sprawdził się idealnie. (ku pamięci - więcej wyrazistego sera (był: gruyere mild) i soli)

 I butelka po szampanie :3

I zero kaca :3

Życzę Wam wszystkim szczęśliwego nowego roku 2015. Spełnienia marzeń i realizacji planów. I żeby ten nowy rok był jeszcze lepszy niż poprzedni  *^v^*
Moja pierwsza od dawna skończona robótka :)
Wydziergałam sobie czapkę bo na zimę posiadam tylko wielką, futrzaną, czerwoną,  super ciepłą uszatkę, która idealnie sprawdza się w polskich warunkach , ale tu mam pewne wątpliwości czy Szwajcaria schodzi aż tak grubo na minus, zwłaszcza w okolicach Zurychu.

Od dawna miałam potrzebę na takiego wełnianego smerfa, no i w końcu go wydziergałam :)




wzór : Rikke Hat
druty: 3,5 i 4,5 (przepisowe)
włóczka: Drops Alpaca ( w dwie nitki)

Po zrobieniu próbki musiałam przeliczyć oczka bo nie zgadzały mi się wymiary próbki. I chyba dobrze na tym wyszłam, bo gdybym poleciała dokładnie według wzoru , to nawet z podwójną nitką czapka byłaby za duża, zjeżdżała mi na twarz i tylko bym się na pruła, a w środowym dzierganiu zaliczyłabym powtórkę z rozrywki ;)
Taka mała, acz istotna uwaga. Alpacka Dropsowa jest dobra na czapkę tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Skubanica gryzie. Kiedyś tłumaczyłam sobie zawile ideę gryzienia tym, że to pobudza krążenie i jest dzięki temu jeszcze cieplej, ale to jest jednak wmawianie sobie, zobaczymy czy i ile wytrzymam z tą czapką tej zimy ;D

~****~

A nasz wspaniały czajnik w końcu umarł, zamiast gotować wodę zaczął zzzyczeć...
Tym samym firma Philips ma u mnie wielkiego minusa, i raczej jej produkty u mnie nie zagoszczą w najbliższej przyszłości, bo szkoda kasy normalnie....
No ale, w tą niedzielę na szczęście była w Zurychu niedziela handlowa, wybraliśmy się więc na poszukiwanie nowego czajnika. Warunek jaki mu stawialiśmy - ma podgrzewać wodę do różnych temperatur.
Powinniśmy sobie założyć: czajnik ma być tandetny, plastikowy i nie powinniśmy nic od niego wymagać. Wtedy zakupy były by szybkie i udane.
Ale nie , my mieliśmy plany, potrzeby itp i tu Szwajcaria dała nam po łapach, tak jak z żelazkiem zresztą... 
Ostatecznie czajnik zamówiłam przez internet i na niego czekam, wodę w razie potrzeby mogę zagotować w garnku (przynajmniej będzie miała 100stopni, a nie jak w wypadku naszego czajnika coś około 80..)

W poniedziałek zapytałam się znajomej, która ma chłopaka Szwajcara, jak to jest z tymi czajnikami i okazało się , że jej chłopak czajnika nie posiada, bo nie widzi takiej potrzeby, a jak bardzo potrzebuje gorącej wody to sobie przepuszcza przez ekspres do kawy.
Mój wniosek, szwajcarzy nie pijają zbytnio herbaty? Albo mają za dobre ekspresy do kawy ;)

~****~

Brahdelt nominowała mnie do Libster award  :) biegnę więc odpowiedzieć na pytanka  ^v^



1. Na jakich portalach społecznościowych się udzielasz?

W moim przypadku "udzielasz" jest bardzo szumnym określeniem, ale bywam gdzieniegdzie :) Facebook'a głównie śledzę i tylko czasami się odzywam. Na Flickrze nic ostatnio nie robię, bo nie mam czasu na lalkowanie. Tweeter jest mi w sumie obcy. Chyba Instagram ostatnio najczęściej nawiedzam swoimi zdjęciami :) ale ogólnie to ja jestem typem czytacza i rzadko udzielam się gdziekolwiek jako pisacz, a może powinnam zacząć? zawsze to nowe doświadczenie w życiu ^v^

2. Jakie kolory najbardziej lubisz na sobie/w swoim otoczeniu?

W swoim otoczeniu uwilebiam pastele, ale też i mocne kolory np. czerwień. Nie lubię jak jest za szaro buro, więc nawet jeśli moja kurtka jest jest brązowa, a płaszcz czarny, to zawsze mam kolorowe rękawiczki lub cokolwiek co dodaje trochę kolorystycznego życia ubraniu :)

Kiedyś nienawidziłam różu, teraz potrafię go docenić w otoczeniu, byle nie w nadmiarze, sklepy z ubrankami dla małych dziewczynek dalej wzbudzają we mnie konwulsje ;)

3. Zaśniesz w skarpetkach czy nigdy w życiu?

Zasnę. Nie robię tego często, ale czasami jak moje stopy mają temperaturę zamrażarkową skarpetka jest jedyną opcją na rozgrzanie się pod kołdrą. Choć jak czasmi sie taka nogą w skarpetce przejedzie po kołdrze, to aż ciarki mnie w zębach przechodzą ;D 

4. Czego chciałabyś się jeszcze w życiu nauczyć?

Porządnie japońskiego i chciałabym jeszcze raz umieć rysować, tylko tym razem lepiej, bardziej dynamicznie niż zanim zaczęłam studia i ta umiejętność u mnie umarła :( 

5. Kawa czy herbata?

Rano kawa - duża z ciepłym spienionym mlekiem i cukrem. Reszta dnia herbata (z niecierpliwością czekam na nowy czajnik )

6. Czy masz zwierzaka? Jakiego? A może chciałabyś mieć?

Obecnie nie mam, ale jeśli bym miała mieć jakiegoś ponownie, to chciałabym znowu fretkę. Chyba na zawsze będę fanką tych zwierząt, no i uwielbiam zapach freciego piżma. Jako ewentualność mogłabym chcieć mopsa, bo jest nie za duży i ma aparycję kartofla oklepanego patelnią.

7. Gdybyś mogła wybrać, w jakiej epoce i miejscu na świecie chciałabyś żyć?

Z tym jest jak z fretką, mam jedną niezachwianą potrzebę mieszkania  w Tokio. I chyba pasuje mi teraźniejszość. Choć tego akurat pewna nie jestem, nigdy się nad tym nie zastanawiałam, choć jeśli miałabym wybierać jakąś przeszłą epokę to chyba wolałabym zostać w Europie :) 

8. Od kiedy piszesz bloga i czy zamierzasz kiedyś przestać?

Już nie pamiętam od kiedy go piszę, na pewno zaczęłam go w trakcie studiów, jakiś czas po tym jak nauczyłam się ponownie robić na drutach. Czy zamierzam kiedyś przestać? Będę się starała nie. Nawet jeśli mam jakieś bardzo nieblogowe okresy to wracam. No i fajnie jest tak raz na dłuższy czas zajrzeć i zobaczyć jak się życie zmienia i uśmiechnąć się do starych zdjęć i historii ^v^

9. Bez czego jesteś jak bez ręki?

Bez noża. To jest moja pierwsza myśl, dużo byłabym w sumie w stanie zrobić jakoś bez narzędzi , ale ostry kawałek blachy/ceramiki potrafi ułatwić życie i pozwala nie połamać sobie zębów na wszystkim co stawia opór przy otwieraniu.

10. Trzy ulubione potrawy z trzech różnych kuchni świata?

polska - barszcz biały z tłuczonymi ziemniaczkami i skwarkamijaponia - katsudonwłochy - lasagne bolonese

11. Szklanka zawsze do połowy pełna czy do połowy pusta?

Do połowy pełna. Zawsze jest jakieś wyjście z sytuacji. Odrobina motywacji plus dobre nastawienie potrafią zdziałać cuda. Nie da się być wiecznym optymistą, ale staram się nim być tak często jak tylko się da ^v^Ja nikogo dziś nie będę nominowała. Wypadłam już jakiś czas temu z blogowego życia, jak się trochę rozkręcę i zacznę bywać częściej na innych blogach, to wtedy zapewne się będę szerzej bawiła :3
Wiem, że
powinno być w środy, ale ja jak zwykle się nie wyrobiłam...

Dopieszczałam swoje bycie panią domu i wyruszyłam na poszukiwanie żelazka.
Zawsze myślałam że kupowanie ubrań jest problematyczne, myliłam się.
Kupno zasłonki jest równie wkurzające, a kupno żelazka wczoraj mnie prawie pokonało.

Po dłuższym przyglądaniu się żelazkom zawęziłam dylemat do Philipsa z jakąś magiczną autoregulacją, lub lepszego modelu Tefala.
Philipsa po tygodniu przemyśleń wycięłam bo: moje poprzednie żelazko Philipsa mimo sporadycznego używania wygląda jakbym nim kamienie szorowała, nie doprasowuje ubrań, i wysysa kamień z wody nawet takiej w której już go praktycznie nie ma, a do tego pluje nim po ubraniach ... do mojej decyzji dołożył się jeszcze czajnik tejże firmy, który po ponad roku nagle przestał mi gotować wodę, tylko ubździł sobie że 90 stopni jest fajniejsze.
Padło więc na Tefala, jakoś mam do niego większe zaufanie. Super, tylko czemu w sklepach były tylko te gorsze modele, a jak było coś lepszego to jedna wystawowa sztuka...?
Ostatecznie mam swoje nowe żelazko ( zupełnym przypadkiem), nawet lepsze niż chciałam, wydaje z siebie mruczące odgłosy podczas użytkowania i zdecydowanie radzi sobie lepiej i szybciej z tym co powinno, czyli prasowaniem :3

Na szczęście nowy czajnik mamy już upatrzony, nie będzie dylematu i krążenia po sklepach, czekamy tylko aż nasz wspaniały Philips stwierdzi, że ma już dość 90 stopni i zejdzie niżej. Taka niema umowa między nami :)

A teraz wracam do głównego tematu ^v^


Udało mi się zacząć rękaw :) szło mi dość opornie, bo druga połowa drugiego sezonu Under the Dome zrobiła się jakaś taka bardziej wartka, ale walczę :) Swoją drogą skończył mi się ten serial i szukam obecnie czegoś niezbyt przykuwającego oko, a dającego się jednak oglądać.

Książkowo przeniosłam się natomiast do Wężomaga. Jest to druga część przygód Michaela Perrinaz Koncertu Nieskończoności, niestety podczas gdy  pierwszą czytałam jeszcze jako mroczna licealistka zakochana w fantasy, to tą książkę trafiłam przypadkiem dużo później na super tanich szmiro-książkach nad morzem. Szmirą książki tej nazwać nie można, ale dziełem też nie jest. Nie ma też już tej magii wytworzonej umysłem nastolatki, ale czytać się ją spokojnie da . Jest gorsza od części pierwszej, ale ja jakoś tak lubię niektóre rzeczy domęczyć do końca, tak dla zasady :)



Brahdelt wywołała mnie dziś do zabawy dla Kur Domowych Napiszę tak, bo Perfekcyjna Pani Domu, od czasu polskiej edycji z panią Rozenek szorującą szczotką do zębów wszystkie małe elementy mieszkania, jakoś budzi u mnie niesmak. 
A tak swoją drogą niech rękę podniesie ten kto ma zapas zużytych, odłożonych szczoteczek do zębów?

Od około dwóch miesięcy, bo pierwszego miesiąc w Zurychu nie liczę, przeszłam na Domową Stronę Mocy i przyłączyłam się do Kur Domowych.
Muszę przyznać, że to dość wciągające zajęcie i w końcu mam na nie czas :3

Z góry uprzedzam że mam jeszcze mało praktyki, więc może za rok wrócę do tych pytań jeszcze raz? tak w ramach refleksji.

Pytania:

Dwa obowiązki domowe, które lubisz robić w domu.


Uwielbiam gotować, potrafię spędzić dwie godziny wałkując zapas makaronu, albo placki na gyozy.
Trochę praca męża odebrała mi przyjemność gotowania dla dwojga, bo zapewnia mu pełne wyżywienie, ale z drugiej strony, mogę sobie teraz na sobie poeksperymentować, bez obaw że komuś, poza mną, nie będzie smakowało ^v^

A drugą rzeczą jaką ostatnio lubię, to chodzenie na zakupy jedzeniowe. Cały czas intrygują mnie różnice między zaopatrzeniem sklepów polskich a szwajcarskich. Znalazłam sporo różnic zarówno na plus jak i minus. A poza tym mieszkam wybitnie pod górkę w stosunku do sklepów wszelakich, więc dodatkowo mam satysfakcję że mi się kondycja znacząco, od wtachiwania tych zakupów pod górkę, poprawiła :)

Dwa obowiązki domowe, których nie lubisz robić w domu.

Hmm, kiedyś potwornie nie lubiłam myć podłóg i trochę mniej odkurzać. Ale odkąd kupiłam sobie odkurzacz bezprzewodowy i mopa którego nie muszę w niczym wyżymać i szamotać się z wiadrem z wodą, te czynności zaczęły mi się podobać.
Natomiast przestałam lubić ścierać kurze z mebli, wkurzają mnie wszelakie drobiazgi stojące mi na drodze. Do tego nie mogę tu znaleźć żadnego Pronto (w sumie słabo szukam), które dawało mi jakieś tam poczucie że niby ten kurz mniej osiada na meblach, co w praktyce było jedną wielką ściemą, ale dawało to poczucie~~

Czego nie jeszcze nie lubię? Myć przyschniętych garów. Patelni ceramicznych i garnków żeliwnych jakoś nie mam odwagi dać zmywarce na pożarcie, a niestety odmaczanie (ukochana czynność mojego męża) nie zawsze działa na coś przywartego. A niestety jakoś nie umiem wbić sobie mycia garów zaraz po nałożeniu posiłku, głód zawsze zwycięża v_v'


Czy lubisz gotować? Jeśli tak to jaka jest Twoja popisowa potrawa?

No ba czy lubię, kocham. Ale czy mam popisową potrawę? hmm. Chyba lasagne bolognese i katsudon. Choć ja zawsze mam i tak takie wewnętrzne coś "Czy na pewno będzie innym smakowało?". Ja często gotuję coś nowego, nie mam utartych potraw. Nie chcę popaść w monotonię 5 dań na krzyż.


Podziel się dwoma trikami a'la Perfekcyjna Pani Domu

Trik 1. dla posiadaczy zmywarek. do prania dorzucam gąbkę do mycia naczyń, w końcu zmywarka myje te naczynia w około 60 stopniach z użyciem detergentu, więc dobrze odkaża mi i gąbkę co wydłuża jej żywotność . Minus - nie odwirowuje jej , więc po zakończonym zmywaniu trzeba ją sobie wyjąć i wyżąć.

Trik 2. wszystkie pozostałe białka mrożę. Mam dzięki temu zapas na bezy, jakby mnie naszło :) trzeba tylko pamiętać żeby nie przetrzymywać tych białek po wieki, bo bezy będą miały posmak zamrażarki, co nie jest pożądane.


Wymień dwóch ulubieńców pani domu

Mop Vileda ze spryskiwaczem. Kupiłam go przypadkiem, bo w sklepie była akurat promocja na mopy, a on tak ładnie na mnie patrzył i miał płyn gratis :) I w końcu zmieniło się moje negatywne podejście do mycia podłóg :3

Drugi ulubieniec jest stricte kulinarny i cały czas i niezmiennie jest nim Kitchen Aid wraz z przystawkami. Z tym sprzętem jest trochę jak z internetem, póki nie masz go w domu to ci nie brakuje, a potem to już nie jesteś pewien jak w ogóle bez tego mogłeś tyle lat żyć :)
Takiego bardziej ogólno mieszkaniowego ulubieńca jeszcze nie mam, jeszcze jest na to stanowczo za wcześnie.


Mieszkanie czy dom?

Mieszkanie, ale koniecznie z balkonem, choć nie pogardziłabym tarasem na dachu. Ilekroć myślę o domu i o utrzymaniu jego otoczenia, o tym co się może popsuć, to stanowczo wolę mieszkanie. Ja mam problem z zaaranżowaniem salonu, a co dopiero z architekturą zieleni.

Kto prowadzi budżet domowy?

Razem z mężem. Od zawsze pilnowaliśmy konkretnych kawałków opłat i dalej tak to ciągniemy, choć na wszelki wypadek zrobiliśmy rozpiskę, co się płaci samo i w jaki sposób, a co trzeba zapłacić z palca.

Pedantka czy bałaganiarz?

Coś pośredniego, drażni mnie bałagan w kuchni, ale w reszcie mieszkania już tylko umiarkowanie.Więc kuchnie mam ogarniętą na bieżąco, a reszty pilnuję żeby z czasem wszystko wracało na swoje miejsce. 


Jak wyglądałby Twój wymarzony dom?

Marzy mi się coś przytulnego i dobrze oświetlonego promieniami słońca, wśród drzew,z dużym tarasem. Drewniane podłogi, ale nie parkiet, tylko deski. Mógłby mieć piętro. Taki angielski podział z sypialniami na górze i salonem, jadalnią i kuchnią na dole.
Lub cokolwiek w Tokio. No dobrze, minimum dwu pokojowe cokolwiek ale na odpowiednim standardzie, i wtedy mogłabym pójść w minimalizm.
W Szwajcarii wolałabym coś przytulnego, powoli nad tym pracuję :)


Tradycja wyniesiona z domu, którą praktykujesz do dziś?

Raz na jakiś czas robię blok czekoladowy, może nie jest to tradycja, ale pielęgnowanie wspomnienia z dzieciństwa.
(muszę poszukać tu mleka w proszku, bo to że to jest kraj w którym powstała odżywka dla niemowląt to wiem).

Ale tak po prawdzie to chyba nie podtrzymuję żadnej domowej tradycji,

Może zbiorę się do kupy i zrobię trochę pyzów z mięsem, bo to mama zawsze robi na jesieni, choć nie planuję podtrzymywać tu tej tradycyjnej części hurtowniczej ;) choć pamiętam jak cała rodzina została zaganiana do skrobania wora ziemniaków, a później się to robiło i robiło~~ nie paręnaście sztuk to jednak maximum.

 
W sumie nie mam pomysłu kogo by tu wyznaczyć na dalsze rozwijanie refleksji, choć może mam?
Chętnie bym chciała poznać kuro-domowe doświadczenia mojej cioci Ani, autorki bloga Świętokrzyskie Włóczęgi.
Wiem że to nie będzie zbytnio związane tematyką bloga, ale może się skusi i jakoś tam wpasuje?

O, i jak moja mama by miała ochotę to może wypączkować tą zabawę na Fejsika? 


Z okazji 1go sierpnia(święto Konfederacji Szwajcarskiej) zaliczyliśmy świąteczny chlebek, kiełbaskę i spacer, natomiast sił zabrakło nam na fajerwerki, stanowczo powinno się ściemniać wcześniej. Za rok to nadrobimy :)
Prawdę powiedziawszy woleliśmy poskładać do kupy zaczątki mebli w garderobie, niż potem robić to na szybko balansując między stertą pudeł, które miały przyjechać w poniedziałek (nie spodziewaliśmy się ich tak szybko)

Spacerując wieczorem trafiliśmy na kiwi. W takim klimacie i tym kraju, jakoś nie spodziewałam się ujrzeć owocującego kiwi. Chwilę zajęło mi zrozumienie tego co widzę :)




A następnego dnia postanowiliśmy przemyśleć sobie rozmieszczenie mebli w pokoju i w tym celu wybraliśmy się nad jezioro. Traf chciał, że akurat do portu zawinął statek, więc wkicnęliśmy na niego, bo przecież rozmyślenia można snuć przy szumie fal, a potem w Zurychu.

W Zurychu jednak nie odważyliśmy się wysiąść, bo odbywała się techno parada, a znajoma nas wcześniej uprzedziła, że na takie parady nie chodzi się w klapkach, tylko czymś co ochroni stopy przed rzeką moczu? płynąca ulicą pod stopami tłumu ludzi.

Ale zdjęcia tłumów sobie zrobiliśmy na pamiątkę, a co ;)




i jeszcze widoczek na ośnieżone szczyty z portu w Thalwil


rzut na dom w którym obecnie mieszkamy (nasze mieszkanie jest za załomem, więc go nie widać)


I mój nowiutki odkurzacz, kupiony podczas porannego wypadu do Zurychu, jeszcze przed techno paradą


A od zeszłego poniedziałku (bosh to już tydzień minął odkąd zabrałam się za ten wpis)
brodzimy w pudłach


choć już jest ich coraz mniej, ale jeszcze chwilę z nami pomieszkają, bo jeszcze trochę mebli nam brakuje ;)

Jeszcze trochę sprzątania i może w końcu dokopię się do mojego zaczętego w lipcu sweterka ^v^
Druty!!! nadchodzę~~
Dostałam ostatnio delikatną sugestię *^_^*, że mam wrócić do blogowania.
No i jak się nad tym zastanowić, to rzeczywiście i czas mam i pisać o czym też mam :)

Bo trochę się u mnie pozmieniało. A może nie trochę, a dość dużo? Cały czas nie umiem jeszcze skali tych zmian opisać.

Hmm, jakby tu zacząć....
Siedzę właśnie w mrocznym niedoświetlonym(za daleko do włącznika światła, lampka była bliżej) pokoju na Ochocie, a może to Włochy? nigdy nie opanowałam płynności przejść między dzielnicami wzdłuż Grójeckiej/al. Krakowskiej ;)

Gdyby moje życie toczyło się monotonnie i stabilnie siedziałabym na Zielonej Białołęce, ale czasami podejmuje się to ryzyko zmian.

My je podjęliśmy i podryfowaliśmy w trochę inne regiony Europy :)
Właśnie jesteśmy w trakcie urządzania sobie życia w Szwajcarii, a dokładniej to osiedliśmy nad jeziorem Zurychskim i póki co oboje twierdzimy, że to była dobra zmiana.

Jakbym miała kiedykolwiek choć nutę podejrzeń, że zamieszkam w kraju niemieckojęzycznym, to nie odcięłabym się po liceum aż tak skutecznie od tego języka, ale co tam, się nauczę :) na szczęście w tych okolicach angielski daje radę.

No dobrze, Zurych, a co ja w takim razie robię na warszawskiej Ochocie? Ano przecież nie zostawię Kitchenaida, maszyny do szycia, tony książek, gadżetów kuchennych, przecież by tęskniły. Więc przyjechałam po nie i w poniedziałek (tfu tfu odpukać w niemalowane) zaczną podróż w stronę nowego miejsca zamieszkania.

A jak się mają moje odczucia po zmianie? Na razie bardzo dobrze, nie powiem żeby tamten kraj nie miał żadnych wad, ale zdecydowanie ma wiele zalet. 

Dziś pozostawię temat na poziomie ogólników, ale planuję do niego wrócić. Bo tym razem nie porzucę blogowania na tak długo, nie ma bata :)

Brahdelt, jakbym za długo nic nie pisała, to podsyłaj mi jakiegoś wirtualnego kopa :) tak po znajomości, hehe

Żeby nie było za pusto, dorzucam parę zdjęć z weekendowego lub wieczornego szwendania się nad jeziorem, po starówce itp ;)














i bonusowo, moja ulubiona tablica ostrzegawcza :)





Bardzo dziękuję wszystkim za życzenia :*:*
Prezentowy szlafrok wytestowałam i nie zamieniłabym go na żaden cienki poliester z boa, ten jest idealnie puchaty i cieplutki ^^ a że nie sexi? oj tam, zawsze mogę go przecież zdjąc.

Po głębszej analizie pogody jaka towarzyszy nam tej jesieni, stwierdziłam, że na czapkę jest jednak za ciepło, a na gołą głowę za zimno.
Od razu tłumaczę, że okolice 0stopni , to jeszcze dla mnie kontrowersyjna temperatura jak na czapkę.
Zamarzyły mi się więc nauszniki. W dzieciństwie miałam takie czerwone, składane i.... no i właśnie. Poszłam do centrum handlowego, a tam we wszystkich sklepach tylko na sztywnym pałączku, kiepski wybór, drogie jak skurczysyn....
Udałam się więc na mój średnio ukochany portal teoretycznie aukcyjny, zwany potocznie aledrogo.
 I ku mojemu (nie)zaskoczeniu takie same nauszniczki jak w CH tu są tak przynajmniej o połowę tańsze i znalazłam też moje wygrzebane z pamięci nauszniki składane :)

Pozostał tylko dylemat. Który z 48kolorów wybrać?
Padło  na fiolet (+ dodatkowe beżowe futerka).

Po tygodniu używania jestem z nich w 90% zadowolona, bo czasami mam uczucie jakby miały ochotę się złożyć. Ale przynajmniej są łatwe w transporcie torebkowym i dobrze trzymają się na głowie. No i co najważniejsze, chronią od wiatru moje uszka :3

Miałam to napisać już wczoraj, ale przez tą wichurę(plus gradzio[mały grad] bicie) w nocy z niedzieli na poniedziałek byłam wczoraj tak nie przytomna, że nie mogłam wykrzesać z siebie składnego tekstu, japoński też mi szedł wczoraj opornie... ale dziś, dziś już jestem zwarta i gotowa :)

Zazwyczaj nie prezentuję swoich pracowych bento, bo nie są efektowne ani za kreatywne, ale to postanowiłam uwiecznić.
Poimieninowe bento poniedziałkowym porankiem.
sałatka z makaronem+ sałatka tradycyjna + muffinka+mandarynka.

Jeśli ktoś by reflektował na przepis sałatkowy/ muffinkowy , to mogę sie podzielić w następnym poście ;)

A dziś mam wielkie plany pojeździć z drutami, bo szalik by mi się w końcu przydał hehe... trzymajcie kciuki za moje samozaparcie

buziaki :*
Przyznaję się bez bicia, zaniedbałam bloga :(
Trochę z powodu braku czasu, trochę z powodu lenistwa, trochę braku weny, a przede wszystkim z braku nowych robótek.

Pochwalę się za to owocem polowań mojego kochanego męża na znanym wszystkim serwisie aukcyjnym alegrogo ;)
Misa w stylu art deco z niebieskiego szkła ^^
planujemy zapolować jeszcze na talerzyki deserowe i może coś jeszcze, ale to dopiero po powrocie, bo przecież zostały nam już tylko dwa tygodnie do eskapady na wyspy japońskie ;)

W ramach łączenia przyjemnego z pożytecznym dostało się z aparatu moim kwiatkom balkonowym, które o dziwo przetrwały zimę i prężnie starają się pokazać, że żyją ^^







A teraz czas wracać do pracy, bo mam jeszcze w huk dużo do zrobienia przed wyjazdem :/