Ale zacznijmy od śniadania ;)
Dziś trochę bardziej po europejsku - granola.


Plan był prosty, katedra na Myeongdong, kawka, basen, grill.

Punkt pierwszy odhaczony. Neogotycka katedra. Całkiem ładna, jedyne co było dziwne, że w środku było nietypowo ciepło.





Gołębie są wszędzie ;)




Kawa też została gładko zrealizowana. A potem zobaczyliśmy koło wielkiego, wysokopółkowego domu towarowego jakieś stragany. Pamiętacie straganik z podróbkami z pierwszego postu o naszej wizycie na Myeongdong? To był tak zwany pikuś ;)
Tak więc u podnóży drogiego domu towarowego znajduje się mekka podróbek, akcesoriów kuchennych, ubrań ala "Faszyn from Raszyn" i jedzenia w cenach bardziej lokalnych.
Zasada na takich bazarach - płać gotówką - możesz się wtedy nieco potargować, a za większe zakupy dostaniesz upust. 
Wyszliśmy z bazaru z kilową torbą orzeszków pini i kilową nasionek konopii (dobre zapasy zdrowych dodatków do jedzenia nie są złe ^v^)



bonusowy punkt - lody :) Baskin Robins jak zwykle daje radę ^v^


Potem odsapnęliśmy nieco, skoczyliśmy na basen i dobrze wymęczeni i głodni ruszyliśmy na wypaśna kolację - koreańskiego grilla.

Grille wyglądają tak

Knajpka (poza godzinami wieczornymi) wygląda tak


 Grill śmiga zasilany rozżarzonymi brykietami


A tu juz mamy całość (prawie, bo część mięsa mam na taborecie) - mięso (boczek, podgardle), trzy różne zupy (na zimno z kiełkami, na ostro z tofu i coś ala jajecznica), grzyby, kiszonki, czosnek do grillowania, sałata do zawijania mięsa, cebulka, ostry sos, sól i sproszkowana soja (kinako).
+ piwo.



Jakie to było dobre *^v^*

Wakacje powoli dobiegają końca, ale śniadanie musi być ;) Bo po mieście się na głodnego ciężko jednak bryka.


Na liście miejsc do zaliczenia zostało nam jeszcze kilka drobiazgów. 
Jednym z nich była ekspatowa dzielnica Itaewon. Imprezownio - ciuchownio - jedzeniownia. Mnóstwo knajp z kuchniami z całego świata i mnóstwo obcokrajowców, a w pobliżu amerykańska baza.
Jak się przekonaliśmy nie ma co tu zahaczać w ciągu dnia.... A jakoś imprezować wieczorem nam się nie chce (starość?) 





Szybka decyzja - i ze stacji Noksapyeong szurnęliśmy na Hongdae na coś wypaśnego do zjedzenia.
Po drodze na stację znaleźliśmy dowód istnienia cykad. Sama stacja okazała się też dość ciekawym obiektem :)




Hongdae nas nie zawiodło :) Na lancz był więc jokbal - świńska nóżka gotowana w sosie sojowym i przyprawach :3


W skład zestawu wchodziły kiszonki i kwaszonki, sosiki do mięska, zupa z ogórkiem i galaretką muk.


A potem doszła sałatka i mięso~~~ (pod pierzynką z puree czosnkowego)


Dla takiego mięska warto nie być wegetarianinem ;) Mięciutkie, tłuste (pozbawianie mięsa tłuszczu to zbrodnia na smaku), soczyste, odpadające wręcz od kości.



Jak już byłam na Hongdae, to i nabyłam trochę skarpetek do kolekcji, nie uznaję gładkich, poważnych, dorosłych skarpetek ;)



A że godzina była młoda, postanowiliśmy pojechać na Stację Soul do Lotte Mart na zakupy przedwyjazdowe. Uwaga - Nie warto marnować czasu na ten Lotte Mart. Ale przy okazji w kawiarni spróbowaliśmy sobie czegoś, co intrygowało nas od jakiegoś czasu, czyli nitro cold brew. 
Okazało się być to kawą /sokiem jabłkowym lanym z mini kega, jak piwo :3


Żeby szaleństwu kicania po mieście stało się za dość, to kicnęliśmy do Lotte Martu w którym byliśmy tydzień temu (stacja metra Cheongnyangni), kupiliśmy trochę jedzenia na wywóz ;) Koreańskie nożyczki do jedzenia i w drodze powrotnej zgarnęliśmy jeszcze typowego koreańskiego pączka ze straganu - smakował jak dobry pączek, bez nadzienia :3


PS. zrobię haul kosmetyczny i taki ogólnozakupowy, tylko wszystko mam chwilowo upchane, więc jak się będziemy pakować, to przy okazji machnę zdjęcia.
Wróciliśmy do turystycznych śniadań :3
Z ciekawostek turystycznych:
W koreańskich kombini jest sporo produktów 2+1. Zaliczają się do tego między innymi kawy. więc sobie testujemy: czarną, czarną słodzoną i ulepek z mlekiem. Jak zwykle nie ma opcji kawa z mlekiem, a bez cukru... stąd się właśnie wziął u nas tydzień na kawach rozpuszczalnych z mlekiem z kartonu.


Znaleźliśmy w ogóle fajną k-dramę, nazywa się Szkoła 2017, aż szkoda że trzeba będzie ją porzucić wraz z wyjazdem (muszę poszukać czy nie ma jej na internetach).

Najedzeni? TAK~~ czas ruszać na Gangnam ^v^
Plan na dziś: pojechać na stację Sinsa i spacerkiem dotrzeć na Gangnam zahaczając o flagowy sklep Kakao Friends i jedną drogerię.

Robotyzacja w Korei ;)




Punkt 1 - Cree'mare (budynek w kropki) - i jedna z tych raczej nie turystycznych drogerii.


Do kupionego tam kremiku dostałam flaminga (idealny na drinka do basenu ^v^) 


Punkt 2 - Kakao friends - tak samo nic ciekawego jak Line friends, no chyba że jesteś fanem. My nie jesteśmy, bo niby jak, kakao jest komunikatorem koreańskim.


Punkt 3 - jeść~~ okolice Gangnam są na tyle posh i na czasie, że aż ciężko o coś koreańskiego. Same chicago pizza, sushi, steki, i żeberka w serze...
A i tak udało nam się znaleźć w końcu jakiś zacny bibimbap :3


Rzut okiem na okolicę





I w stylu Gangnam...


Ruszyliśmy na zwiedzanie koreańskiej firmy nr1!! Samsunga!!!

Samsung D'light szmer bajer... ale... bo bez ale się nie obyło.

piętro pierwsze (tak jak w USA i Japonii nie ma tu parteru) - Samsung przepowie ci twoją przyszłość na podstawie twoich wyborów.


Mi wyszło "Unique Explorer" i było tak aż do momentu kiedy samsung wysłał mi moje wyniki, na pamiątkę, na maila... bo tam dotarło już coś zgoła innego (Jankowi zresztą też), a jak próbowaliśmy sprawdzić nasz wynik jeszcze raz, to wychodziło jeszcze coś innego, więc werdykt ostateczny?
Nasza przyszłość jest nieokreślona ;)
Ale to wiem i bez Samsunga.
A podsumowując - oj Samsung, Samsung... trąci toto badziewiem ;)


Piętro drugie było poświęcone wizji domu przyszłości, ale ja nie jestem przekonana do posiadania całego domu zarządzanego jakimś oprogramowaniem (jakoś tak moje wykształcenie i doświadczenie mówi mi, że to nie jest 100% pewne).
Poza tym można było się pobawić telefonami, rzeczywistością 4D i zejść do sklepu.

I tu zaliczyliśmy swego rodzaju zdziwotok.... Normalnie jak jedziesz do kraju producenta, to zazwyczaj produkty w nim są tańsze niż w reszcie świata, ale nie w Samsungu.
Telefon Galaxy S8 był o jakiś dobre 300chf droższy niż w Szwajcarii (no dobra z telefonami różnie bywa)... ale nawet pamięć SSD była 2 x droższa niż w naszej serowo-czekoladowej krainie.....
No serio?

Wychodziliśmy więc rozczarowani dłuuugim spacerem po okolicy i zapiliśmy to na koniec smoothisami (mangowy z sorbetem i melonowo-kokosowy)




Za każdym razem jak planowaliśmy relaksujący dzień, to ostatecznie kończyło się na wielogodzinnym łażeniu... Tym razem postanowiliśmy rzeczywiście nic nie robić.
Wyspaliśmy się, zjedliśmy coś lekkiego na śniadanie (ja zjadłam, bo wstałam zdecydowanie wcześniej niż Janek)


Obejrzeliśmy sobie jakąś k-dramę i ruszyliśmy na obiad.
Poszliśmy na "All you can eat tuna sashimi" - sashimi z tuńczyka bez limitu.



Ta sieciówka ma w ofercie nielimitowanego tuńczyka, w zależności od wybranej ceny, dostaje się lepsze, bądź gorsze kawałki. Oczywiście poza samym tuńczykiem dostaje się kupkę przystawek, takich jak tonkatsu (schabowy), jug (kleik ryżowy), zupkę miso, jakąś gotowaną rybę, krewetki w tempurze. No ogólnie wszystko co jest tańsze od tuńczyka, a spowoduje, że zjesz go mniej ;)
Czas jedzenie jest nielimitowany.



Chcieliśmy się zachować jak człowiek cywilizowany, zjedliśmy tyle ile byliśmy w stanie, akurat tak, żeby mieć miejsce na kawę.
To nie... okazało się że w cenie jest jeszcze ryżyk z ikrą i zupa z kiełbasą rybną...
Zdzierżyliśmy ryżyk i większość zupy, była super, ale kiełbaski pływającej w niej w dużych ilościach już nawet nie chcieliśmy dać rady.


A na kawę i deser ostatecznie i tak poszliśmy (wakacje, nadwagą będę się martwiła po powrocie)


Znaleźliśmy też swego rodzaju namiastki gadżetów k-pop'owych :3
Bo kto by nie chciał białych skarpet z np. G-dragon?


A żeby relaksującemu dniu stało się zadość, to wieczorkiem skoczyliśmy na basen, do sauny(ja), spa (Janek) a potem już wegetowaliśmy przy k-dramach w koreańskich maseczkach w płachcie ;)