wracamy... - Seoul dzień 16

Pożegnalne śniadanko ;) 


Spakowani, zwarci i gotowi do drogi tym razem postanowiliśmy nie popełnić podróżniczego błędu i nie pojechaliśmy bezpośrednim autobusem na lotnisko (Seoul = korki). Wybraliśmy metro z jedną przesiadką. Co okazało się super wygodnym rozwiązaniem, niedrogim i zupełnie pozbawionym niezaplanowanych opóźnień.



TIP WYCIECZKOWY:
Incheon jest jednym z tych dużych lotnisk. Więc warto być tam dobre 2 godziny przed czasem. Zostawienie bagażu lukowego trochę trwa, potem trzeba odczekać parę minut, bo go jeszcze sprawdzają.
Potem mamy security check, co zawsze zajmuje czas, bo kolejka, trzeba się wypakować, spakować...
Potem mamy jeszcze okienko imigracyjne, czyli kolejna kolejka.

Ogólnie po całym tym procesie dostawania się na część zamkniętą lotniska mieliśmy już niedużo czasu na cokolwiek. Jedyny cel jaki nam przyświecał to jedzenie~~
Bo alkohole dupy nie urywały, kosmetyki też były dość standardowe, reszta to przepłacanie za bycie na lotnisku.

Koreę pożegnaliśmy wiec typowo koreańskim daniem, którego nie zdążyliśmy zjeść wcześniej.
Naengmyeon - potrawa na zimno z makaronem na wołowym wywarze, warzywkami i jajkiem (ugotowanym jak widać niezdrowo długo). Całość może nie wygląda porywająco, ale była pyszna :)

Wracaliśmy również bezpośrednio Korean Airlines. Przyjemny lot, jedzonko smaczne. Znowu były 3 dania do wyboru (niewegetariańskie). My wybraliśmy koreańskie danie z ośmiorniczką na ostro.  W połowie lotu dostawało się jeszcze zagrychę (onigiri, orzeszki, albo cośtam). Przed lądowaniem zaserwowano drugi ciepły posiłek ale nie mogę sobie przypomnieć co to było ;)
Jako ciekawostka, 90% pasażerów to byli azjaci. Połowa z nich to Japończycy, obsługa władała więc koreańskim, angielskim i japońskim, czyli to jakaś dość popularna trasa dla Japończyków.

Podsumowując. Lot super, koreańskie linie lotnicze upycham gdzieś na szczycie listy "jakość lotu" w okolicach JALa.
Czas wrócić do domu.

1 komentarz:

  1. Aż się prosi, żeby ten neangmyeaon zrobić na polskie upały, uffff!... W sumie zaeksperymentuję w weekend, jest jakaś magia w rosołach, nawet podanych na zimno. *^V^*

    OdpowiedzUsuń