O Londynie słyszałam już tyle mieszanych opinii, że nadszedł czas zobaczyć go w końcu na żywo :)
Plan mieliśmy napięty, ale całkiem prosty - sklepy + zwiedzanie centrum.

Organizacja od technicznej strony. Samolot w sobotę o 6:40 rano Zurych - London City, Hotel niedaleko Lotniska, żeby się nie taszczyć z tobołami po mieście, powrót w poniedziałek w samo południe.

Na to fajne małe lotnisko latają równie fajne małe samolociki. Nam się dodatkowo trafił taki Szwajcarski pełną gębą ;) 
"Shopping Paradise Zurich Airport" troszku mnie zniesmacza, bo po dokładniejszym przestudiowaniu cen towarów nietanich w sklepach sieciówek Duty Free, spora ich część wyszła podobnie, lub wręcz drożej niż w sklepach dostępnych w mieście v_v. Więc na zakupy lotniskowe ogólnie radzę uważać, bo można się naciąć, zamiast ubić interes życia. Tyczy się to wszystkich lotnisk :/


A tu już kupka zdjęć z maratonu weekendowego. Okraszona piwem i Fish & Chips'em ( scotch eggs nie zostały uwiecznione, bo z głodu zapomniałam je uzdjęciowić ;___;)


Bilet całodniowy, 6cio strefowy to koszt 12Funtów, i moim zdaniem opłaca się bardziej niż hotel w centrum. Pierwszego dnia biegaliśmy głównie po Soho i okolicach - czytaj między innymi sklepy.
Glównymi punktami były Tkmaxxy i Bootsy (bo szukałam osławionego korektora z Collection, którego oczywiście nigdzie nie było. To znaczy kiedyś był, ale jedyne co o tym świadczyło to uciapkane testery...


Znaleźliśmy za to fajny pub, w którym zrealizowaliśmy nasze zaplanowane menu. czyli Scotch Egg, Fish & Chips i piwo lokalne. Jajko nie doczekało się zdjęcia, bo z głodu się na nie rzuciliśmy ;D
Strasznie mi się podobają te klimatyczne wnętrza pub'ów, nie jakieś takie nowoczesne,  wymuskane gładzią szpachlową jadłodajnie, tylko ciemne drewniane i stylowe wnętrza.





Drugi dzień był bardziej turystyczny i tu dostaliśmy wytyczne od kolegi, które zafundowały nam bardzo sympatyczny maraton i zakwasy.

Zaczęliśmy od London Bridge, który nie prezentuje się jakoś spektakularnie, no ale jest tym słynnym mostem, przez który spaliło się więcej Londynu niż miało.

Drugim punktem przelotu był Monument, na który można wejść. Weszliśmy. Dzięki niemu wiemy których mięśni używamy mało w życiu codziennym ;D Udka czułam jeszcze dwa dni ^^'



Następnie przeczłapaliśmy koło Tower of London. Z braku czasu nie braliśmy pod uwagę zwiedzania wnętrz, ale kiedyś to może nadrobimy. Jak będziemy się chcieli poczuć jak prawdziwi turyści zaliczający każdy zamek, muzeum i inne tego typu wnętrza :)


Przemknęliśmy przez Tower Bridge i udaliśmy się w dalszą trasę wzdłuż rzeki z powrotem w stronę skąd przybyliśmy. 




Po domknięciu kółeczka ponownie przy London Bridge poczłapaliśmy dalej aż do London Eye (diabelski młyn), po drodze mijając Winchester Palace


i The Globe Theater w którym mięczy innymi były wystawiane sztuki Shakespear'a

Przerwa na obiad :)


Janek postanowił pójść w burgera

A ja twardo walczyłam dalej z Fish&Chips, tym razem w wersji dziecięcej. Dzięki temu mnie to rybsko nie pokonało :) Postanowiłam też przemóc swój wstręt do octu i tym razem polałam nim zwierzynę. I o dziwo było smaczne ;D


Piwo z serduszkiem :3

W drodze do London Eye nasunęła nam się pewna konkluzja na temat Warszawy. Większośc miast leżących nad rzeką jest frontem do rzeki, Sklepy, puby, deptaki imprezy itp. A Warszawa? wszystko byle nie nad rzeką. Wymuszony deptak i plaża, budynki daleko i tyłem. Tak jakby miasto cierpiało z powodu posiadania rzeki.

Na London Eye była taka kolejka, że sobie darowaliśmy. Zwłaszcza po drugiej stronie rzeki obiecująco mrugał do nas Big Ben :3


Ras na ruski rok trzeba sobie machnąć selfie ;D


Powiem tak. Zdjęcia nie oddają tego jak fajny architektonicznie jest Big Ben i Parlament. Moim zdaniem to trzeba zobaczyć na żywo.


Westminster Abbey też fajne i też w remoncie. Praktycznie każdy budynek z listy turystycznej miał coś w remoncie :/


Odbiliśmy też odwiedzić królową :) No bo jak to tak, nie zahaczyć o Buckingham Palace. Niestety trafiliśmy na resztki po jakiejś imprezie, więc wszystko było opłotkowane i jakieś takie mało przystępne fotograficznie :(


Podsumowując. Był to bardzo intensywny i fajny weekend. Decyzje noclegowo lotniskowe też były trafne. Przytarmosiliśmy trochę ubrań i kosmetyków jako pamiątki z podróży ;D Polecamy.

A potem zamiast odespać, to oglądaliśmy Terminatora. A czemu akurat Terminatora?
Uwaga tu hermetyczny argument. Bo właśnie wyszedł Linux'owy kernel 4.1 :)
A wstyd mi, bo dziergam cały czas to samo.
Mój pasiaty sweterek z lnu, który zaczęłam prawie rok temu. Postanowiłam, że jednak go skończę i mam nadzieję że poużywam w tym sezonie. a zostało mi już na prawdę nie wiele :)
- ostatni pasek rękawa
- sznureczek
- nitki
- pranie i blokowanie


I mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu się nim już będę mogła pochwalić :)




A równolegle do sweterka czytam sobie kolejną Maryninę. Już sama nie wiem którą, ale im dłużej z nią współżyję, tym bardziej mi przykro, że to się kiedyś skończy :(
W między czasie zmieniłam tez Kindla :) Nie to żeby na jakiegoś nowego ;) po prostu podwędziłam mężowi mniejszą sztukę. Bo mój dziadziuś miał, w sumie zbędna, klawiaturę.

Ach, projekt "zmniejszanie" sunie sobie powoli. Nie utrzymuję założonego tempa, ale nie jest źle :)
Nawet mam parę dowodów, ale to już zostawię na następny post :)

W ogóle nazbierało mi się strasznie dużo zdjęć i chyba najwyższy czas się nimi podzielić. Więc tym razem postaram się, żeby nie zniknąć na prawie pół roku.

a motywacją do dzisiejszego wpisu było jak zwykle:
Drobiazgi Maknety

Sezon wyprzedaży cały czas jeszcze nie wyniósł się ze sklepów na dobre, więc rzuca mnie po nich ostatnio ciut za bardzo..
A wszystko przez to że nie mam ubrań, to znaczy mam ale za duże v_v

Więc w rezultacie ponad połowa szafy wisi i zajmuje miejsce.
Co mnie ciągnie w stronę sklepów, bo ile można chodzić w jednych spodniach paru t-shirtach i równie paru swetrach?
C&A zrobił mi dobrze, bo za dość śmieszne kwoty nabyłam 2 pary jeansów i 2 bawełniane sweterki :) ale sa pewne granice wywalania kasy w ciuchy, i granice pojemności szaf też niestety istnieją :/

Od dawna planowałam więc jeden drastyczny ruch.
Oczywiście nie mam na myśli "Wywal garderobę i idź na sklepy" tylko "pozmniejszaj co się da!!!"

Po testach na spodniach wiem już, że te mają górną granicę, jeansy zwęziłam tak że mi przez tyłek prawie nie przechodziły w pasku, bo suwak okazał się za krótki na taką wysokość stanu ;D

Wracając do projektu, to podchodziłam do niego już kilka razy, ale zawsze z mizernym skutkiem - jedno ubranie na miesiąc.

Planuję więc wdrożyć motywator blogowy zrobić sobie dziennik pozwężanych ubrań.
Pięknie brzmiałoby "1 ubranie na każdy dzień tygodnia" ale juz wiem że to nie ma najmniejszych szans. Ograniczę się więc do

"minimum 10 ubrań na miesiąc"

Jako post startowy machnę mój sweterek, niestety bez wersji przed, bo wpadłam na pomysł już po pocięciu delikwenta, ale w ramach rekompensaty proponuję siebie, bo dawno mnie na własnym blogu nie było ;D

Sweterek już na gotowo wygląda tak:
- pocięłam go na części pierwsze, jako formy użyłam nowego pasującego rozmiarowo sweterka, bo dobrze mieć jakiś wzór, zamiast eksperymentować na żywca.
-wmontowałam z powrotem rękawy, a potem zszyłam boki swetra i rękawy jednym ciągiem.

W sumie nikt mi w środek ubrań nie zagląda, więc nie wykańczałam tego jakoś specjalnie :)

ciapcie w kropki ratują moje oziębłe kończyny przed totalna oziębłością ;D



A to obiecana ja, włosy mam fatalne, ale do fryzjera zazwyczaj wybieram się równie opornie jak do dentysty, więc moja decyzja w tym temacie sobie dojrzewa, zwłaszcza że muszę się zmierzyć z własną fryzurą w języku obcym...


A tu jako bonusik mój koszyk, w końcu go doplotłam, pomalowałam, bo farba świetnie usztywnia papierowe kosze (moja opinia wyciągnięta z praktyki)Czeka mnie jeszcze naniesienie napisu i dorobienie uszu i będę miała kosz na koce. Bo kosz wyszedł mi za niski i za długi do Ikeowego Expedita v_v żenada z mojej strony...


Rok 2014.
Od początku wiedziałam że będzie ciekawy i nieco szalony. A może nie od początku? Ale jakoś tak na początku stycznia ostatecznie wiedzieliśmy, że wyjeżdżamy z Polski.

I wtedy zaczęło się to szalone. Pomijam tu szare aspekty życia, jak praca, banki itp. Ale pakowanie... Pakowaliśmy się parę miesięcy i ledwo się wyrobiliśmy ;D 1/3 zawartości mieszkania poszła do kosza, 1/3 została rozdana i 1/3 pojechała z nami. Rozpakowanie tego było zdecydowanie łatwiejsze niż spakowanie.

Jakbym miała powtórzyć to po raz drugi, to przed wyjazdem kupiłabym parę rzeczy w Polsce, bo rynek Szwajcarski okazał się.... inny. W Polsce kupiłabym rowery, nowego crosstrainera, żelazko i czajnik ;D
Czajnik w sumie ostatecznie kupiliśmy w Polsce, ale to długa i zawiła historia.

A moje osobiste podsumowanie?
 - Jeszcze w 2013 miałam zacząć biegać jak wszyscy, do tej pory tego nie zrobiłam i raczej to się nie zmieni. Nie lubię biegać i już. Ale za to uzależniłam się od jeżdżenia na crosstrainerze, na którym do tej pory szuram interwałowo z satysfakcją i potem na klacie (crostrainer'a zazwyczaj nazywanym orbitreckiem, od produktu który laaaata temu sprzedawały bodajże telezakupy Mango). Uzależniłam się do tego stopnia, że jak tylko stabilnie osiedliśmy na ziemiach szwajcarskich zaczęłam się miotać z bezruchu i dręczyć męża potrzebą posiadania tego sprzętu, bo mój poprzedni sprzęcior zajeździłam na tyle skutecznie, że nie chciałam go ze sobą wlec.
W akcie desperacji zaczęłam ćwiczyć razem z Chodakowską, przebolałam samą trenerkę (no nie lubię kobiety i już), bo ćwiczenia okazały się rzeczywiście wymagające i dawały mi wycisk (za co chylę czoła).
Ogólnie w 2014 osiągnęłam wagę, którą założyłam sobie w połowie 2013. Robiłam to stopniowo z przerwami, żeby nie wpakować się w efekt jojo i uważam to za mój największy sukces minionego roku. Przeglądając kartę zdrowia z podstawówki odkryłam, że tyle co obecnie ważyłam ostatni raz przed 12tym rokiem życia.
Zmieniłam też podejście do jedzenia. Dalej uwielbiam smacznie zjeść, ale już nie tyle co kiedyś. No bo co to by było za życie na jakiś monotonnych duszonych indykach i sałacie?

- Robótkowo było u mnie kiepsko. Choć na szczęście coś tam udało mi się skończyć. Nie wiele tego wyszło, ale przynajmniej jest kochane i używane :)

- Czapka gryzie, ale jest akurat na okolice 0 stopni
-  sweter nie gryzie, bo go oddzielam od siebie jakąś bluzką (Ale alpaka z Dropsa już więcej u mnie nie zagości)
- a szalik mimo że cieniutki to jest na tyle cieplutki, że nawet obecnie mi dość często towarzyszy (nawet na zdjęciu z czapką).
Było jeszcze parę nieudanych podejść do drutów, ale tego na szczęście nie publikowałam ;D

- Jako że ostatnio przekwalifikowałam się na panią (w) domu ( powinnam się określać raczej jako pani (w) kuchni ), to dorzucę do podsumowania jeszcze parę "gadżetów", które zdecydowanie uważam za strzał w dziesiątkę minionego roku.

- multicooker, obskakuje mi wszystko czego nie trzeba mieszać, kasze, ryże, gyozy, duszenie mięsa i tonę innych rzeczy. Chyba na razie nie przekonało mnie tylko jako frytownica, bo grzeje do zbyt niskiej temperatury (dziwne że producent nie wie do jakiej temperatury grzeje się olej na frytki, a potem poleca to urządzenie właśnie do tej czynności)...
- odkurzacz Dyson'a. W końcu nie muszę wlec za sobą tony kabla i zastanawiać się czy worki do odkurzacza dalej jestem w stanie gdzieś kupić, czy już je całkowicie wycofali... (ten problem workowy towarzyszył mi przez ostatnie parę lat)
- spieniarka do mleka - i kawa o poranku robi się fajniejsza :3 a grzanie mleka do innych potrzeb nie stanowi już problemu.
- mini zegarko/budziko/tajmero/termometr z Ikei. nieodzowny przy robieniu precli :3 
- Cake pop maker, cały czas zachwyca mnie to co można z niego wyczarować (i nie są to tytułowe cake popy). Przepisy na muffinki nabrały dla mnie nowego wymiaru zastosowania :)
Planów na 2015 nie robię, już dawno temu odkryłam, że to nie ma najmniejszego sensu.Co ma być, to będzie :)

Na chwilę obecna na 100% jest szuflada pełna czekolady :3


W tym, moim zdaniem, Wedlowskiego hitu czekoladowego 2014. (Kolega się dziwił, że zwożę czekoladę do kraju czekolady, ale było warto. )


Kończę powoli mój koszyk, kiedyś w końcu muszę, bo mi jest potrzebny.
Czytam namiętnie którąś już z kolei Maryninę, Brahdelt mnie zaraziła i jestem jej za to wdzięczna :)


A wczoraj przed sylwestrową północą poczłapaliśmy sobie nad jezioro


Obejrzeliśmy z oddali pokaz fajerwerków w Zurychu :) zapiliśmy to szampanem ^v^


A rano zostały już tylko "zgliszcza". 4 niedojedzone kuleczki serowe
Przepis na muffinki, jak pisałam wyżej, sprawdził się idealnie. (ku pamięci - więcej wyrazistego sera (był: gruyere mild) i soli)

 I butelka po szampanie :3

I zero kaca :3

Życzę Wam wszystkim szczęśliwego nowego roku 2015. Spełnienia marzeń i realizacji planów. I żeby ten nowy rok był jeszcze lepszy niż poprzedni  *^v^*
Post ku pamięci dla eksperymentującej pani domu ;)

 Moim następnym wypiekiem miały być herbatniczki, ale życie chciało inaczej :)

A wszystko to przez moje zamiłowanie do kuchni japońskiej.

W zeszłym roku, kiedy byliśmy w Tokio zrobiliśmy sporo kilometrów po sklepach szukając maszynki do takoyaków na 240V. (takoyaki - kuleczki z ciasta z kawałkiem ośmiornicy w środku)

Nie znaleźliśmy, a te droższe, które dało się łatwo rozbebeszyć były za drogie żeby je popsuć tylko i wyłącznie dla metalowej płytki z dołkami.

Po spacerze ulicą Kappabashi, na której można było kupić praktycznie to co człowiek sobie wymarzy w tematyce kuchennej, upolowaliśmy żeliwną patelnię do której niestety takoyaki nam przywierały i zamiast zabawy w toczenie kulek mieliśmy powarkiwanie nad patelnią.

Jakoś ponad tydzień temu przeczesując youtube trafiłam na nowszą wersję takoyaków na moim ulubionym kanale Cooking with Dog, a stamtąd na inny kanał, gdzie sympatyczna japonka smażyła takoyaki w maszynce do cake pop'ów. (Cake pop - ciastowe kuleczki na lizakowym patyku)

Zrobiłam szybki risercz, wybrałam mniejsze zło, bo model z filmu nie był dostępny w Szwajcarii i kupiłam fioletowe cudo firmy clatronic.



Planowaliśmy je nieco podrasować tak żeby otwierało się na płask, ale najpierw (na szczęście) przetestowaliśmy je w takoyakowej praktyce.

No więc...... smażenie takoyaków w otwartej maszynce do cake pop'ów okazało się jedną wielką, wręcz spektakularną porażką :/ po pół godziny... ciasto dalej było ciapkowate i nie chciało się ściąć na tyle żeby je obrócić. 

Tu przyszła nam z pomocą nasza patelnia żeliwna, która postanowiła się zrehabilitować i usmażyła nam takoyaki jak jeszcze nigdy w swoim życiu :) wrócił mi do niej szacunek ^v^

No ale zostałam z kolejnym zbędnym w kuchni urządzeniem do robienia czegoś, o czym bladego pojęcia nie posiadam.

Po namiętnym przeczesaniu tematyki cake pop'ów w internecie okazało się, że to co tworzy ta maszynka tak na prawdę jest podróbą pierwotnej idei tego rodzaju ciastek. No ale co mi szkodzi się pobawić :)

I tak powstały mini pączuszki pierniczkowe ^v^ i jestem nimi zauroczona. (i pieką się tylko 8min)


I widzę na prawdę spory potencjał imprezowy dla tej maszynki. Mam wrażenie, że da się w formę kulki zamknąć wszystko co tylko trochę rośnie i nadają się na to również wszystkie przepisy na muffinki.
A do tego można w tym szybko usmażyć mięsne klopsiki ;D

Ale pop cake'ów oblanych czekoladą i nasadzonych na patyczek to się u mnie nie spodziewajcie, ja po prostu nie widzę się jako cukiernik, nie kręci mnie to, u mnie ciastka kończą się zazwyczaj na ciastku, max z posypką, ale niczym wyrafinowanym.
Poza tym to takie kaloryczne hobby, a jak coś upiekę to zazwyczaj jestem skazana na zjedzenie większości, bo mąż jest mało ciastowy :/

PS. ekspres ciśnieniowy Nespresso Inissia grzeje wodę tylko do 70 stopni (przynajmniej tak twierdzi mój termometr), czyli nie nadaje się na parzenie herbaty :/
Moja pierwsza od dawna skończona robótka :)
Wydziergałam sobie czapkę bo na zimę posiadam tylko wielką, futrzaną, czerwoną,  super ciepłą uszatkę, która idealnie sprawdza się w polskich warunkach , ale tu mam pewne wątpliwości czy Szwajcaria schodzi aż tak grubo na minus, zwłaszcza w okolicach Zurychu.

Od dawna miałam potrzebę na takiego wełnianego smerfa, no i w końcu go wydziergałam :)




wzór : Rikke Hat
druty: 3,5 i 4,5 (przepisowe)
włóczka: Drops Alpaca ( w dwie nitki)

Po zrobieniu próbki musiałam przeliczyć oczka bo nie zgadzały mi się wymiary próbki. I chyba dobrze na tym wyszłam, bo gdybym poleciała dokładnie według wzoru , to nawet z podwójną nitką czapka byłaby za duża, zjeżdżała mi na twarz i tylko bym się na pruła, a w środowym dzierganiu zaliczyłabym powtórkę z rozrywki ;)
Taka mała, acz istotna uwaga. Alpacka Dropsowa jest dobra na czapkę tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Skubanica gryzie. Kiedyś tłumaczyłam sobie zawile ideę gryzienia tym, że to pobudza krążenie i jest dzięki temu jeszcze cieplej, ale to jest jednak wmawianie sobie, zobaczymy czy i ile wytrzymam z tą czapką tej zimy ;D

~****~

A nasz wspaniały czajnik w końcu umarł, zamiast gotować wodę zaczął zzzyczeć...
Tym samym firma Philips ma u mnie wielkiego minusa, i raczej jej produkty u mnie nie zagoszczą w najbliższej przyszłości, bo szkoda kasy normalnie....
No ale, w tą niedzielę na szczęście była w Zurychu niedziela handlowa, wybraliśmy się więc na poszukiwanie nowego czajnika. Warunek jaki mu stawialiśmy - ma podgrzewać wodę do różnych temperatur.
Powinniśmy sobie założyć: czajnik ma być tandetny, plastikowy i nie powinniśmy nic od niego wymagać. Wtedy zakupy były by szybkie i udane.
Ale nie , my mieliśmy plany, potrzeby itp i tu Szwajcaria dała nam po łapach, tak jak z żelazkiem zresztą... 
Ostatecznie czajnik zamówiłam przez internet i na niego czekam, wodę w razie potrzeby mogę zagotować w garnku (przynajmniej będzie miała 100stopni, a nie jak w wypadku naszego czajnika coś około 80..)

W poniedziałek zapytałam się znajomej, która ma chłopaka Szwajcara, jak to jest z tymi czajnikami i okazało się , że jej chłopak czajnika nie posiada, bo nie widzi takiej potrzeby, a jak bardzo potrzebuje gorącej wody to sobie przepuszcza przez ekspres do kawy.
Mój wniosek, szwajcarzy nie pijają zbytnio herbaty? Albo mają za dobre ekspresy do kawy ;)

~****~

Brahdelt nominowała mnie do Libster award  :) biegnę więc odpowiedzieć na pytanka  ^v^



1. Na jakich portalach społecznościowych się udzielasz?

W moim przypadku "udzielasz" jest bardzo szumnym określeniem, ale bywam gdzieniegdzie :) Facebook'a głównie śledzę i tylko czasami się odzywam. Na Flickrze nic ostatnio nie robię, bo nie mam czasu na lalkowanie. Tweeter jest mi w sumie obcy. Chyba Instagram ostatnio najczęściej nawiedzam swoimi zdjęciami :) ale ogólnie to ja jestem typem czytacza i rzadko udzielam się gdziekolwiek jako pisacz, a może powinnam zacząć? zawsze to nowe doświadczenie w życiu ^v^

2. Jakie kolory najbardziej lubisz na sobie/w swoim otoczeniu?

W swoim otoczeniu uwilebiam pastele, ale też i mocne kolory np. czerwień. Nie lubię jak jest za szaro buro, więc nawet jeśli moja kurtka jest jest brązowa, a płaszcz czarny, to zawsze mam kolorowe rękawiczki lub cokolwiek co dodaje trochę kolorystycznego życia ubraniu :)

Kiedyś nienawidziłam różu, teraz potrafię go docenić w otoczeniu, byle nie w nadmiarze, sklepy z ubrankami dla małych dziewczynek dalej wzbudzają we mnie konwulsje ;)

3. Zaśniesz w skarpetkach czy nigdy w życiu?

Zasnę. Nie robię tego często, ale czasami jak moje stopy mają temperaturę zamrażarkową skarpetka jest jedyną opcją na rozgrzanie się pod kołdrą. Choć jak czasmi sie taka nogą w skarpetce przejedzie po kołdrze, to aż ciarki mnie w zębach przechodzą ;D 

4. Czego chciałabyś się jeszcze w życiu nauczyć?

Porządnie japońskiego i chciałabym jeszcze raz umieć rysować, tylko tym razem lepiej, bardziej dynamicznie niż zanim zaczęłam studia i ta umiejętność u mnie umarła :( 

5. Kawa czy herbata?

Rano kawa - duża z ciepłym spienionym mlekiem i cukrem. Reszta dnia herbata (z niecierpliwością czekam na nowy czajnik )

6. Czy masz zwierzaka? Jakiego? A może chciałabyś mieć?

Obecnie nie mam, ale jeśli bym miała mieć jakiegoś ponownie, to chciałabym znowu fretkę. Chyba na zawsze będę fanką tych zwierząt, no i uwielbiam zapach freciego piżma. Jako ewentualność mogłabym chcieć mopsa, bo jest nie za duży i ma aparycję kartofla oklepanego patelnią.

7. Gdybyś mogła wybrać, w jakiej epoce i miejscu na świecie chciałabyś żyć?

Z tym jest jak z fretką, mam jedną niezachwianą potrzebę mieszkania  w Tokio. I chyba pasuje mi teraźniejszość. Choć tego akurat pewna nie jestem, nigdy się nad tym nie zastanawiałam, choć jeśli miałabym wybierać jakąś przeszłą epokę to chyba wolałabym zostać w Europie :) 

8. Od kiedy piszesz bloga i czy zamierzasz kiedyś przestać?

Już nie pamiętam od kiedy go piszę, na pewno zaczęłam go w trakcie studiów, jakiś czas po tym jak nauczyłam się ponownie robić na drutach. Czy zamierzam kiedyś przestać? Będę się starała nie. Nawet jeśli mam jakieś bardzo nieblogowe okresy to wracam. No i fajnie jest tak raz na dłuższy czas zajrzeć i zobaczyć jak się życie zmienia i uśmiechnąć się do starych zdjęć i historii ^v^

9. Bez czego jesteś jak bez ręki?

Bez noża. To jest moja pierwsza myśl, dużo byłabym w sumie w stanie zrobić jakoś bez narzędzi , ale ostry kawałek blachy/ceramiki potrafi ułatwić życie i pozwala nie połamać sobie zębów na wszystkim co stawia opór przy otwieraniu.

10. Trzy ulubione potrawy z trzech różnych kuchni świata?

polska - barszcz biały z tłuczonymi ziemniaczkami i skwarkamijaponia - katsudonwłochy - lasagne bolonese

11. Szklanka zawsze do połowy pełna czy do połowy pusta?

Do połowy pełna. Zawsze jest jakieś wyjście z sytuacji. Odrobina motywacji plus dobre nastawienie potrafią zdziałać cuda. Nie da się być wiecznym optymistą, ale staram się nim być tak często jak tylko się da ^v^Ja nikogo dziś nie będę nominowała. Wypadłam już jakiś czas temu z blogowego życia, jak się trochę rozkręcę i zacznę bywać częściej na innych blogach, to wtedy zapewne się będę szerzej bawiła :3